czwartek, 12 listopada 2015

DIY - girlanda z piłeczek pinpongowych

Light balls, czyli  świecące piłeczki na dobre zagościły w naszych domach jako element dekoracyjny, nie tylko w okresie bożonarodzeniowym. Lubię fajne rozwiązania za nieduże pieniądze, które można wykonać samemu w domu. Dobrze wyglądają i satysfakcja jest większa jeśli zrobimy coś samemu (przynajmniej ja tak mam). Można znaleźć różne wersje i wybrać tą która odpowiada nam najbardziej pod względem efektu. Mnie oprócz bawełnianych kul (cotton balls) urzekły światełka wykonane z piłeczek do tenisa stołowego. Banalnie proste do wykonania, tanie i kapitalne rozwiązanie, żeby urozmaicić wystrój pokoju. 

Do wykonania światełek z piłeczek potrzebujemy:
  • łańcucha świetlnego LED  (kolor według uznania)
  • wkrętarki 
  • białych piłeczek pingpongowych (najlepiej bez napisów)


Mój łańcuch to 20 diod LED zasilanych na baterie (2 zwykłe "paluszki"). Trzeba zaznaczyć, że inne światełka w tym wypadku są niedopuszczalne ze względu na nagrzewanie się żarówek, co powoduje niebezpieczeństwo topienia się plastikowych kuleczek. Nie wiem czy jakiekolwiek światełka byłyby w stanie wytworzyć aż tyle ciepła, ale warto dmuchać na zimne. Plusem światełek na baterie jest to, że można je umieścić, gdzie tylko chcemy, a przede wszystkim z dala od kontaktu, który nierzadko znajduje się w mało dostępnym miejscu. Dla chcących girlandę z 200 światełek, podłączaną do kontaktu, jedynym problemem może być znalezienie odpowiedniej ilości piłek - nic więcej. 


Warto zwrócić uwagę na kolor przewodu, ponieważ w większości jest on ciemnozielony, co może i pasuje do choinki, jednak brzydko odznacza się na ścianie. Najlepszym rozwiązaniem byłby biały lub przezroczysty przewód. Światełek z typowo białym kablem nigdzie nie znalazłam, jednak przezroczysty można już dostać (np. na allegro). Swoje światełka kupiłam dzisiaj w Lidlu za 12,99 zł. Mają one przezroczysty przewód i były dostępne w trzech wariantach kolorystycznych: zimne, jasne światło, ciepłe, jasne światło oraz światło w kolorze bursztynu (wybrałam ostatnie). Całkowita długość łańcucha  wynosi 2,4 m, a żywotność diody wyszacowano na pudełku na ok 2 tys. godzin, więc trochę poświecą. Piłeczki do tenisa okazały się większym problemem, jednak ostatecznie udało mi się dostać komplety pakowane po 6 sztuk za 4 zł w chińskim markecie. Piłki nie mają żadnych napisów co jest plusem. 


Najistotniejszą kwestią jest zrobienie dobrych dziurek w piłkach, czyli nie za małych i nie za dużych. Przeciskanie diody przez zbyt małe otwory może ją uszkodzić (a tego przecież nie chcemy), zaś ze zbyt dużej dziurki mogą one się wysuwać. Dziury robiłam dwoma wiertłami, najpierw małym, tak by tylko je przekłuć, większym by powiększyć otwór. Dlaczego tyle z tym zabawy?  Po pierwsze, próba nacięcia nożykiem piłeczki nie wypaliła, ponieważ nożyk się ślizgał (groziło to mocnym pocięciem palców) i nacięcia były nieestetyczne, po drugie, piłeczki wcale nie są takie miękkie (przynajmniej moje nie były). Z drugiej strony większe wiertło wgniatało mi piłki do środka i zniekształcały je. Uważam, że wkrętarka to lepsze rozwiązanie niż nacinacie, ponieważ dziurki są takie same w każdej z nich i nie mają poszarpanych brzegów. Mimo tego, wykonanie światełek zajęło mi pół godziny.



Po zrobieniu dziurek wystarczy powpychać w nie diody. Potem świecące kule są gotowe i wystarczy znaleźć im odpowiednie miejsce, by wieczorami rozświetlać pomieszczenie - zwłaszcza teraz, kiedy tak szybko za oknem robi się ciemno. 







Ktoś robił inny rodzaj świecących kulek? Chętnie zobaczę. :)

**** Oprócz zakładek dotyczących rysunków i przyborów postanowiłam dodać do bloga zakładkę DIY (Do It Yourself). Mam nadzieję, że w pewien sposób urozmaici to stronę i nie zniechęci fanów rysunku

poniedziałek, 9 listopada 2015

Zakrwawione usta

     Uwielbiam mega hiperrealistyczne rysunki - nie ważne czy są to pełne portrety, poszczególne elementy twarzy, czy martwa natura. Pierwsza myśl jaka przychodzi wtedy do głowy zawsze brzmi tak samo: "No jak?". Spróbowałam swoich sił w ilustracji ust - nadgryzionych i lekko krwawiących  ust (tak, drogie Panie, tak właśnie kończą fanki panny Steel). Nie wyszło jakoś mega, ale biorąc pod uwagę doświadczenie z kredkami, efekt końcowy jest satysfakcjonujący. W trakcie rysowania nasunęło mi się kilka spostrzeżeń, które warto zapamiętać.

1. Podczas wykonywania szkicu oprócz  proporcji i pewnej symetrii warto od razu zaznaczyć na wargach  miejsca, w których odbija się światło (pozostaną one białe), jako efekt np. błyszczyku, śliny i różnej maści "nawilżenia".

2. Jeśli usta są rozchylone i widać na nich zęby, nie wolno ich zostawić śnieżnobiałych. Rzadko kto może pochwalić się zębami, których biel bije po oczach. Zwykle przyjmują one kolor kości słoninowej, odcieni żółci, szarości a nawet błękitu czy czerwieni jak w tym przypadku, zabrudzone krwią. Na poniższym zdjęciu na zębach również można dostrzec niezakreskowaną przestrzeń w postaci odbicia światła.



3. Wszelkiego rodzaju bruzdy (pionowe linie na wargach) są istotne z punktu tworzenia przestrzenności rysunku tj. wypukłości ust. Warto nie stawiać od razu ciemnych krech, które ciężko w razie błędu wymazać - to nie ołówek. Niektóre z nich są mocne inne mniej widoczne.

4. Dobrze jest zacząć od najjaśniejszego odcienia przy dokładaniu kolejnych warstw, dzięki temu unikniemy zamalowania tych punktów, które powinny się odznaczać  np. jasna, nieregularna linia na górnje wardze, która ma być tak jakby rozdzielnikiem od popękanej czy obgryzionej  skóry.  Dopiero potem skrupulatnie dorzucać mocniejsze kolory czy odcienie. Krew zaczynałam kredką Staedtler ergo soft, następnie Koh-i-noor progresso a potem polycolor  nr 47 i 48.



5. Mój rysunek podchodzi bardziej pod ilustrację, więc brzegi ust mogłyby być dosyć widocznie, jednak usta, jeśli nie są pomalowane szminką nie mają ich aż tak wyraźnych. Zdarza się, że linia górnej wargi rozmywa się, stapia ze skórą. Dokładnie tego nie widać, bo zdjęcia nie są pierwszej jakości (przepraszam), ale przy łukach zastosowałam burnisher (przed położeniem pierwszej warstwy), który spowodował, że kartka została zawoskowana i nie pokryła się kolorem. Brzegi tych "białych plamek" obrysowałam mocniej kredką tak by były zauważalne. 



Jedyne czego mi brakuje to białych kropeczek w różnych miejscach i białych bruzd, które można by narysować  białym żelopisem lub jakimś zamiennikiem, ale mój obecny przestał pisać a innego nie mogę znaleźć w sklepach. Szkoda, ale mówi się trudno. :)





piątek, 6 listopada 2015

Meow czyli rysunek kotów - krok po kroku

     Opanowały nie tylko Internet, ale także (a może przede wszystkim) życie swoich właścicieli. Maluchy rozczulają każdym spojrzeniem, są puchate i mięciutkie, zaś mruczenie dorosłego osobnika działa odprężająco. Zresztą mamy jesień, to najlepsze kocyki na świcie! Tak, dokładnie mowa o kotach, które wbrew pozorom nie są łatwym obiektem do narysowania. Najbardziej problematyczną sprawą jest oczywiście sierść, której rodzaj i długość jest zależna od miejsca jej występowania - na nosie dopatrzymy się krótkich, "sztywnych" włosków, zaś tułów porośnięty jest dłuższymi i bardziej miękkimi. Kierunek ich wzrostu i układania nie jest bez znaczenia, dlatego zmysł obserwacji powinien zostać jeszcze bardziej wyostrzony. Dzięki temu rysunek i sam kot nabiorą odpowiednich kształtów i przestrzenności, wykluczając jeden z podstawowych błędów w realistycznym rysowaniu jakim jest płaski rysunek. Dodatkowo efekt "3D" uzyskamy przez różnicę ubarwienia. Warto wspomnieć o podstawowej zasadzie rysowania pyszczka, która ogranicza się do usytuowania oczu i nosa w rogach trójkąta (linia pomocnicza mile widziana) co ułatwia zachowanie odpowiednich proporcji zwierzęcia. Uważam, że to najważniejszy punkt, całą resztę można wymodelować właśnie sierścią. Mój rysunek nie ukazuje tego idealnie, ponieważ oba koty mają zamknięte oczy (które też są pod odpowiednim kątem), jednak  w bliższej lub dalszej przyszłości opiszę rysowanie kota w dokładniejszy sposób w osobnej notce. 


   Największa różnorodność w postaci różnych kierunków układania się sierści występuje bezapelacyjnie na nosie. Jak widać na zdjęciu jest on podzielony na pół i od strony nozdrzy włoski uciekają na zewnątrz zataczając łuki. Nieco wyżej jest na odwrót - sierść spotyka się na samym środku. Nie wiem na ile takie tłumaczenie jest zrozumiałe, ale jeśli przyjrzymy się dokładnie na pewno stanie się to jasne jak słońce, choć nadal bardzo czasochłonne i żmudne. Do narysowania tego elementu użyłam tym razem ołówka automatycznego z bardzo cienkim rysikiem 0,35 mm, który podczas rysowania nie tępi się i nie zmienia grubości linii tak jak jest to w przypadku tradycyjnych ołówków, które non stop należy wtedy temperować, czy szerszych rysików. 

     
     Aby dodać rysunkowi ciekawszego efektu warto nie zapomnieć o dorysowaniu (lub niezarysowaniu) białych włosków. Tym razem posłużyłam się właśnie dwoma sposobami. Długie wąsy dorosłego kota (te na ciemnym tle)  zostały pominięte w cieniowaniu. Nie miałam pod ręką białego żelopisu, więc wymazanie czysto białych linii gumką na tylu warstwach ołówka nie byłoby możliwe. Cała reszta została podmazana albo gumką Koh-i-noor Era w ołówku albo brzegiem ściętego nożem  Factisa. Zwróćcie uwagę także na to, że pyszczek małego kota jest rysowany w inny sposób, jego sierść jest bardziej puszysta, ma więcej jasnych włosów, których brzegi są rozmazane. 


Szczegóły:
- A4 - Canson 90g/m2
- ołówki: automatyczny 0,5 i 0,3 Pentel HB; Koh-i-noor 1860: F, 3B, 7B, 8B; Faber-Castell 5B;
- blender;
- gumka w ołówku Koh-i-noor Era ; gumka Factis;
- czas ok. 10 h.



piątek, 9 października 2015

Krytyka rysunków - jak się nie zniechęcić?

    Polak "specjalista" od wszystkiego prawdę Ci powie - brzmi jak zapowiedź wróżbity Macieja, lecz niestety to nasza szara rzeczywistość. Potrafimy oceniać, krytykować i wytykać błędy, mimo iż kompletnie sami nie znamy się na danej dziedzinie. Bardzo modna ostatnio tzw. konstruktywna krytyka przechodzi granice dobrego smaku, dołuje, potrafi podciąć skrzydła przy samych ramionach. Dlaczego? Trudno mi to zrozumieć, prawdopodobnie z mniejszej lub większej zazdrości, dla zasady, bo Polska to wolny kraj i mogę wyrażać swoje zdanie, zwłaszcza jeśli coś publicznie udostępniasz. Fala hejtu różnej maści rozprzestrzenia się w mediach społecznościowych szybciej niż zaraza stonki ziemniaczanej. "Krzywe", "mogło być lepiej", "patrząc na ten rysunek, byłabym zawiedziona" etc. - takie budujące stwierdzenia czytałam nie raz pod swoimi pracami. Czy było mi przykro? Oczywiście, kogo by nie dotknęły te słowa, jeśli poświęciłby czemuś od kilku do kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu godzin i zamiast miłego komentarza dostaje na głowę wiadro pomyj. Niestety, można się zniechęcić. Efekt końcowy nie każdej pracy jest powalający, czasami po prostu coś nie wyjdzie, zabraknie cierpliwości i czasu, tak w życiu bywa. Każdy rysownik, gdy spojrzy na swoją pracę wie, gdzie popełnił błąd, co mógł zrobić lepiej, więc naprawdę dodatkowe krytykanctwo jest zbędne. Czasami odnoszę wrażenie, że niektórzy tylko czekają aż człowiekowi potknie się noga i właśnie wtedy zaczynają się udzielać. Żenujące! 
    Rady osób doświadczonych, zajmujących się rysowaniem zawsze są w cenie. Krytyka jest konstruktywna wtedy, kiedy potrafi popchnąć w dobra stronę. Sugestie dotyczące techniki czy przyborów, podzielenie się jakąś ciekawą kwestią to coś co każdy z chęcią przyjmie. Wyznaję bardzo prostą zasadę: jeśli coś mi się nie podoba to milczę lub skupiam się na tych elementach, które są fajne. Po co sprawiać komuś zawód, skoro można jednym zdaniem podnieść na duchu np. jeśli portret jest super, oczy, włosy - dosłownie powalają a cały efekt psuje spartaczone tło? Proste? No ba, bardzo proste. 
      O krytyce wspomniałam krótko w poście dotyczącym ABC rysowania, zwracając uwagę na własną reakcję na niepochlebne słowa.
1. Dyskusja - nie oszukujmy się, czytając negatywny komentarz części z nas włącaz się mini agresor, który spowoduje odpowiedź na niższym (niż powinien) poziomie. To z kolei powoduje dyskusję na lepsze lub gorsze argumenty, która do niczego i tak nie doprowadzi, zwłaszcza, że rysunek skończony zajął swoje zaszczytne miejcie wśród zbiorów.
2. Usuwanie negatywnych opinii - póki komentarze są pozbawione wulgaryzmów i nie obrażają konkretnych osób, lepszym rozwiązaniem jest pozostawienie ich w tym miejscu, w jakim się znajdują i skazać je na przepaść w nieograniczonej czeluści Internetu, przez który co minutę przepływa setki informacji. Może zostanie niezauważony, bądź grono wiernych followersów  rozprawi się z nim na własny sposób. Miał diabeł faktora? Czasem miał. :)
3. Sarkazm - ugryź tak, by było miło. Zawsze możesz uciąć sytuację jednym wyszukanym mniej lub bardziej zdaniem. Tylko nie zapomnij o ikonce wyrażającej tzw. uśmiech nienawiści. To takie modne.
4. Brak reakcji - zakasujesz rękawy i rysujesz dalej. W końcu robisz to dla siebie, grono osób, które reagują na Twoje poczynania to dodatek. Jeśli przestaną mówić, Ty przestaniesz rysować?

Osobiście uważam, że rysować można się nauczyć. Pojęcie talentu jest dla mnie nie pojęte, choć często słyszę, że posiadam jego namiastkę. 4 lata temu nie potrafiłam narysować realistycznych włosów, gubiłam proporcje (nadal mam z tym problem!), rozcierałam grafit palcem etc., mogłabym wymieniać w nieskończoność. Teraz jest inaczej, praktyka i czas zrobiły swoje i na 100% wiem, że  jeśli chcesz nabyć konkretne umiejętności nie możesz odpuścić tylko dlatego, że innym się to nie podoba.

Podsumuję wszystko (uwaga, dosadnie!) cytatem (tak kolejnym) Witkacego: Dobrze jest, psiakrew, a kto powie, że nie, to go w mordę!  :)


czwartek, 24 września 2015

Styl minimalistyczny

     Mówi się, że diabeł tkwi w szczegółach. Coś w tym jest i dzisiaj postaram się odnieść to do rysunku. Nie da się ukryć, że dopracowanie pracy ma duży wpływ zarówno na własne zadowolenie z efektu końcowego, jak i na pozytywny odbiór pracy w mediach społecznościowych. Istnieje możliwość przekombinowania w drugą stronę, bo czasami mnie,j znaczy więcej. Oprócz tradycyjnych portretów, szczególnie upodobałam sobie ich wersje minimalistyczne, w których charakterystyczną cechą jest brak cieniowania twarzy. Specjalistką prac tego typu jest Ileana Hunter, której rysunki możecie zobaczyć klikając w łącze przy nazwisku. W poprzednich postach wspominałam już, że jednolite cieniowanie większych powierzchni zawsze przyprawia mnie o ból głowy - nie lubię tego, nie zawsze mi to wychodzi i brakuje mi do tego cierpliwości. Takie rozwiązanie więc jest dla mnie zbawienne, choć nie pozbawione krytycznego nastawienia. Nie da się zaprzeczyć, że po pierwsze to to trochę pójście na skróty, dwa - twarz może wydawać się zbyt płaska i jest po prostu biała. 
     Rysując w stylu minimalistycznych szczególną uwagę zwraca się na detale takie jak: odbicie światła na poszczególnych pasmach włosów, w tęczówkach czy na ustach lub pojedyncze "niesforne" włoski (np. zaznaczone na biało). Moim zdaniem dzięki temu można wyćwiczyć poszczególne elementy twarzy z naciskiem na dokładność. Na poniższych wycinkach możecie zauważyć, że upodobałam sobie podczas rysowania oczu dorysowanie kilku białych rzęs  i/lub białych punktów, które nadają pracy wyrazistości - bez względu na to czy jest to rysunek kobiety czy mężczyzny.





     Takim stylem można się bawić wedle uznania i urozmaicać go choćby poprzez dodanie kolorowego elementu takiego jak odbicie w okularach, czerwone usta,  kolorowe tęczówki czy nawet włosy. Dodatkowo ten styl wprowadziłam nie tylko w ołówku, ale i w akwarelach. Cechą charakterystyczną  jest duży kontrast, który w ołówku można wprowadzić poprzez użycie:
  • gumki w ołówku, którą można zatemperować lub ściętym na ostro kawałkiem miękkiej gumki  - w ten sposób dorysowuję białe rzęsy, pojedyncze włosy i linie na ustach;


  • białego żelopisu, który da lepszy, bielszy efekt niż wymazywanie ołówka np. białe punkty dokoła oczu, odbicie w źrenicy;

  • ołówka Staedtler Lumograph 8B lub czarnej kredki - dają bardziej czarny efekt niż ołówki 8B innych firm;



     W rysunkach minimalistycznych oprócz wykluczenia cieniowania twarzy, można pominąć również (wedle uznania) dokładny zarys nosa, ograniczając się do jego dolnej części tj. dziurek  i bocznych skrzydełek czy linie twarzy, tak by w niektórych miejscach łączyła bezpośrednio się z tłem. W taki właśnie sposób ukryłam np. większy nos. Nie wiem czy dokładnie zrozumiecie o co chodzi, ale przeglądając poniższą mini galerię prac szybko załapiecie. Muszę wspomnieć, że prezentacja takich prac nie jest łatwa, ponieważ i zdjęcia i skaner nie zawsze wychwytują delikatne cienie, dlatego czasami trzeba się wspomóc programem graficznym i w niewielkiej (!) ilości zmniejszyć jasność lub kontrast by mogły zostać zauważone. 









poniedziałek, 14 września 2015

Recenzja - kredki Koh-i-noor Magic Trio

     Dzisiejszą recenzję mogłabym z czystym sumieniem nazwać magiczną! Tak, dobrze czytacie magiczną. Z czym Wam się kojarzy magia? Dla mnie osobiście to niezliczona ilość kolorów, które mieszają się ze sobą bez ograniczeń. Namiastkę takich cudów, możecie sprawić sobie kredkami Koh-i-noor Magic Trio dzięki, którym choć na chwilę odczujecie na własnej skórze odrobinę iluzji. Pewnie zastanawiacie się co ona ulicha wypisuje, ale jak inaczej nazwiecie sytuację, jeśli trzymając w dłoni jedną kredkę, rysujecie trzema?  Cofając się kilkanaście lat wstecz, pamiętam takie grube długopisy, które wewnątrz miały 10 wkładów z różnymi kolorami i na siłę próbowałam wcisnąć kilka na raz dla uzyskania lepszego efektu. Sytuacja porównywalna, ale do rzeczy. Kredki Magic można zakupić w komplecie po 6, 12 i 24 sztuk (te znajdują się w metalowym pudełku). Na urodziny kupiłam siostrzeńcowi zestaw 12 sztuk w kartonowym pudełku. Zapłaciłam za niego (dokładnie nie pamiętam), ale ok. 36-38 zł bez przesyłki. Warto wspomnieć, że kredki można również dostać w limitowanej, świątecznej wersji bezdrzewnej progresso. Ponadto kredki Magic są również dostępne pojedynczo w standardowym sześciokątnym kształcie.


Magic Trio to kredki z serii jumbo czyli po prostu grube o średnicy 10,4 mm o trójkątnym przekroju 5,6 mm. Ergonomiczny kształt zapobiega sturlaniu się kredki z blatu, jednak mi nie przypadł do gustu. Podczas rysowania lubię przekręcać kredki w dłoni, a Magic daje mi tylko 3 możliwości. Nie jest ich wada, tylko moje subiektywne widzimisię. Oprawa wykonana jest z wysokiej jakości drewna, które następnie zostało polakierowane. Design kredek przyciąga uwagę i mi kojarzy się z wodnym malowaniem paznokci water marble.  Ze względu na grubość potrzebujemy większej temperówki i wprawy, bo na początku idzie to opornie. Moja strugaczka jest odpowiednia dla ołówków lub kredek o średnicy do 17 mm firmy Koh-i-noor w cenie dość opornej 9,90 zł. Temperowanie kredek wbrew temu co mogłoby się wydawać to nie taka łatwa sprawa. Kształt kredek powoduje, że czynność ta może się "zacinać". Nie wolno na siłę łamać tego oporu, bo drewniana oprawa może po prostu pęknąć (tak się stało  jedną kredką na długości ok 2 cm). 

Cała niezwykłość kredek Magic Trio tkwi w ich sztyfcie. W każdym z nich można dostrzec, albo trzy odcienie tego samego koloru albo trzy różne barwy, które ze sobą współgrają. Mam zestaw 12 kredek, ale można powiedzieć, że jest ich  aż 36. Przerost koloru nad ilością. Poszczególne pigmenty w rysiku nie są ułożone równolegle wzdłuż całej kredki, lecz tworzą ok. półcentymetrowe "plamki". Zmiana koloru nastąpi poprzez zużycie/starcie jednej plamki lub okręcenie kredki w dłoni.Nie wiem, czy jest to zrozumiałe w 100%, ale przekonacie się sami jak złapiecie kredki w dłoń. Kredki są dobrze napigmentowane a kolory żywe i intensywne. Szczególnie go gustu przypadły mi dwie kredki z tego zestawu, mianowicie żółto-zielona i jasnoniebieska (2 i 3 na zdjęciu). Do zestawu dołączony został blender do kredek (biała kredka), co jest dużym plusem, bo takiego gratisu nie znajdziemy w innym zestawach tej firmy. Bledner jest wynalazkiem, który ma za zadanie połączyć ze sobą różne kolory czy odcienie, tak by przejścia między nimi były łagodne i niezauważalne dla oka.  Poniżej stworzyłam wzornik kolorów w kilku wersjach:
    • kratki - standardowe cieniowanie
    • koła - kredki zostały potraktowane na koniec blenderem
    • zygzaki - dosyć mocny nacisk na kartkę w celu wydobycia wszystkich pigmentów (porównywalny z oryginalnym wzornikiem jaki znajdziemy na opakowaniu kredek).



Starałam się używać kredek w różny sposób, tak aby wydobyć z nich wszystko co najlepsze. Ich istota najlepiej jest zauważalna w ostatnim z nich. Wszystkie pigmenty się wtedy ładnie eksponują i są zauważalne dla oka. Cieniowanie nimi w standardowy sposób nie przypadło mi do gustu. Odniosłam wrażenie, że niektóre kolory (np. 9 czy 12) rysują w dosyć tępy sposób i są mniej miękkie niż inne (np. 8). Moim zdaniem są to kredki o średnim stopniu twardości, porównując je z Modeluzami czy Polycolorami. Podobne wrażenie odniosłam w stosunku do niektórych kredek Progresso, które opisywałam jakiś czas temu (o dziwo też chodziło o róż). Rozcierając kredki blenderem, ich magia pryska, bo poszczególne odcienie gubią się, dlatego ten zabieg wydaje mi się totalnie zbędny. Nie będę ukrywać, że moje rysowanie kredkami na dzień dzisiejszy odznacza się (ładnie to ujmując) większym (niż konieczny) naciskiem na kartkę, co psuje niektóre efekty i nie wykorzystuje wszystkich zalet Magic Trio. Jestem pewna, że "lżejsze" dłonie, będą potrafiły wypracować ciekawe przejścia, ponieważ kredki dobrze się za sobą łączą. Poniżej dodatkowo możecie zobaczyć, jak z kredkami radzą sobie gumki do mazania, które aktualnie mam w posiadaniu, W tym wypadku bitwę z pomyłką wygrałaby gumka w ołówku Koh-i-noor Era oraz miękka, znana wszystkim ze szkoły Factis.
Aby nie być gołosłownym postarałam się stworzyć jakiś rysunek omawianymi kredkami, Padło na szybki krajobraz z głowy, rysowany krótkimi i długimi, mniej lub bardziej kontrolowanymi kreskami. Zależało mi, żeby pokazać intensywność kolorów oraz ich połączenie w kredce, więc rysunek sam w sobie nie powala ani wykonaniem, ani pomysłem. :)


Dla kogo te kredki? Wydaje mi się, że kredki lepiej spożytkują osoby kreatywne, którym nie zależy na realizmie (czyli to nie ja). Dzieciaki również będą mieć frajdę, głównie poprzez rozmiar kredek (jak złapią to poczują)  i nie do końca kontrolowaną zmianę koloru (takie czary).

Zalety:

  • sam pomysł połączenia kilku kolorów w jednym sztyfcie,
  • design kredek i napigmentowanie,
  • przystępna cena ,
  • blender do kredek dołączony do zestawu.

Wady:
  • konieczność zakupienia dodatkowej temperówki,
  • niektórymi kredkami ciężko wypracować estetyczne cieniowanie.
Ogólna ocena: 6,5 /10

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

10 przykazań rysownika - amatora

     W każdej dziedzinie życia spotykamy się na co dzień z różnego rodzaju zasadami, regułami etc. Z doświadczenia wiemy też, że niektóre warto łamać, inne wręcz przeciwnie. Część z nich jest nam narzucana z góry, inne tworzymy sami. Wykonując kolejny już rysunek jestem w stanie wypisać kilka konkretnych zasad, których warto się trzymać. Nadmieniam, że są to czysto subiektywne przemyślenia na ten temat, nikomu nic nie narzucam. 

1. Zrób dobry szkic - bez dobrego zarysu ani rusz. Nie bez powodu szkic nazywany jest wstępną realizacją koncepcji artystycznej (ładnie brzmi, co nie?). Szkice może podzielić na trzy rodzaje: ogólne, szczegółowe i specjalistyczne. Te ostatnie pominę, ponieważ nie są związane z takim rodzajem działalności o jakich mówi blog. Skłaniałabym się ku szkicom szczegółowym, ponieważ to znacznie ułatwia dalszą pracę. Zaznaczając konkretne, małe elementy, nie musimy się zastanawiać czy czegoś później nie przeoczymy. Dla mnie osobiście to najtrudniejszy element rysunku, którego poprawność decyduje w dużym stopniu o efekcie końcowym. Jeśli szkic będzie pobieżny, niedokładny, cała praca może okazać się totalnym niewypałem. Niektóre rzeczy bardzo trudno poprawiać w trakcie cieniowania, a w portretach to już w ogóle jest praktycznie niemożliwe. Niedokładny lub nieprawidłowy szkic może mieć wpływ na brak podobieństwa co w rysowaniu ludzi ma szczególne znaczenie. Zaburzenie proporcji, zła perspektywa, krzywo postawiona linia to tylko niektóre przykłady błędów, których niewyłapanie na samym początku skazuje nas na liczne poprawki lub rozpoczęcie pracy na nowo od zera. Podczas rysowania innych rzeczy niż tylko portret ze zdjęcia, warto na początek sobie w głowie ułożyć plan, czyli stworzyć w miarę pełne, początkowe wyobrażenie całości. Ustalić przykładowo, że tym razem w tle znajdą się drzewa, lub postaram się urozmaicić rysunek w jakiś inny sposób. Zdarza się, że najfajniejsze pomysły przychodzą w trakcie pracy lub pod koniec, nie zaprzeczam, ale kwestia dodatków do głównego punktu rysunku nie ma na wstępie takiego znaczenia. Po pierwsze więc: koncepcja!


2. Używaj dobrych przyborów - czeski Koh-i-noor, angielski Derwent, austriacki Cretacolor czy w końcu niemiecki Faber-Castell lub Staedtler to tylko niektórzy (choć czołowi) producenci przyborów rysunkowych znanych na całym świecie. Co je wyróżnia? Przede wszystkim jakość, bo z widełki cenowe są najróżniejsze. Wszystko zależy od tego ile funduszy możemy na nie przeznaczyć. Nikomu nie będę wciskać na siłę produktów Koh-i-noor, jeśli woli sprawić sobie set ołówków Staedtler Lumograph. Najważniejsze jest to, aby wypróbować różne produkty i znaleźć coś odpowiedniego dla siebie. Przed zakupem warto pomyszkować po sieci i poczytać opinie innych użytkowników, które mogą być pomocne w wyborze. Ołówki, których używam  oscylują w granicy około 1,30 - 1,60 za sztukę. W podobnej cenie pewnie kupimy byle jaki ołówek w kiosku, jednak cała istota jak widać tkwi w odpowiednim wyborze.

3. Nie rysuj na byle czym - nóż w kieszeni sam się otwiera jak widzę, fajny szkic/rysunek wykonany na kartce z zeszytu w kratkę lub linię. Powinni zakazać pokazywania takich rzeczy. Tak zabijałam  czas na nudnych wykładach lub podczas kilkugodzinnej podróży pociągiem. Mogłabym się pokusić o stwierdzenie, że tak robią dzieci, ale nawet mój chrześniak do rysowania ciągnie kolejne czyste kartki z ryzy do drukarki, na których sama rysowałam jakiś czas temu. Obecnie do standardowych portretów używam bloku A4 z Cansona, którego cena nie przekracza 2 zł za 20 kartek. I nie ma wymówek.

4. Pracuj przy dobrym oświetleniu - sztuczne światło jest szkodliwe, wiemy to nie od dziś. Jednak nie każdy może sobie pozwolić na rysowanie przy świetle dziennym i do pracy zasiada wieczorami lub nocą. Sama często przesiaduję nocami (nie brać przykładu!), więc ważne jest, aby światło nie rzucało cieni na kartkę. Jestem osobą praworęczną, więc lampka stoi z lewej strony na podwyższeniu, dzięki czemu mam w pełni oświetloną kartkę. Należ pamiętać, że sztuczne światło odbija grafit, więc rysowanie jest w pewnym stopniu utrudnione i łatwo o gafę. Jak sobie z tym radzę? Kluczowe elementy staram się wykonywać w miarę możliwości w dzień (np. skórę), zaś nocą pracuję nad tymi, które są wymagające w inny sposób (np. włosy, żmudna robota -  kreska po kresce i 3 godziny nie moje).

5. Nie rysuj "na kolanie" - poza na zdjęciu obok jest tylko chwilowa. W taki sposób nie da się rysować na dłuższą metę, nie oszukujmy się. Po pierwsze bolą plecy, po drugie ruch dłoni jest ograniczony. Ręka do kreślenia odpowiednich linii po prostu potrzebuje oparcia. Do dziś pamiętam jak mama upominała mnie, gdy łokieć wisiał mi poza blatem stołu przy odrabianiu lekcji. Chodzi dokładnie o to samo - brak stabilności może spowodować, że dłoń się nam omcknie w najmniej odpowiednim momencie. Ja najlepiej czuje się rysując w poziomie, przy biurku, ale istnieją przecież szkicownice, na których rysuje się pod pewnym, niedużym kątem, lub na sztalugach, niemalże w pionie. Perspektywa oddania się rysowaniu w plenerze, przy piękniej pogodzie na zielonej trawie jest szalenie kusząca, ba nawet wskazana. Warto mieć przy sobie wtedy coś "twardego", jakąś sztywną podkładkę np. tył od antyramy całkiem dobrze się sprawdza. 

6. Zadbaj o czystość - fajnie jest podczas rysowania popijać ciepłą kawę i przegryzać coś słodkiego. Niestety wiążą się z tym większe lub mniejsze wypadki. Plamka z czekolady w samym centrum rysunku, odpity tłusty palec (to nie zajęcia z daktyloskopii, nie potrzebujesz własnych linii papilarnych na papierze, o ile to nie jest zamierzony efekt) i co najgorsze... przewrócenie pełnego kubka (zdarzyło mi się dwa razy!). Chwila nieuwagi może kosztować kilka godzin ślęczenia nad kartką, nie warto. Bardzo częstym zjawiskiem, które brudzi kartkę jest rozmazywanie brzegiem dłoni grafitu. Sprawę można rozwiązać na dwa sposoby. Po pierwsze, zawsze pod prawą dłoń podkładam albo drugą czystą kartkę albo chusteczkę higieniczną. Po drugie, istnieją specjalne rękawiczki SmudgeGuard, które zostały stworzone z myślą o tabletach, ale na upartego, jeśli ktoś lubi gadżety, można ją również wykorzystać w tradycyjnym rysunku. W 100% nie da się zniwelować rozcierania miękkiego grafitu, zawsze będzie konieczna interwencja gumki. Schludność przede wszystkim!

7. Nie spiesz się - każdy zna co najmniej dwa powiedzenia, które delikatnie rzecz ujmując, odradzają pośpiechu - "gdy się człowiek spieszy, to się diabeł cieszy", albo "co nagle to po diable" - niby zwykłe przysłowia, ale ile w nich prawdy, wie każdy kto łapie za ołówek. W rysowaniu ważna jest cierpliwość i dokładność. Byłoby całkiem fajnie usiąść i w godzinę narysować portret, pejzaż etc., który już na pierwszy rzut oka zapiera dech w piersiach. Niestety, spędzonych godzin nad kartką nie da się przeskoczyć. Nie raz, nie dwa zdarzyło mi się nie dopracować rysunku tylko i wyłącznie z braku cierpliwości i pośpiechu "żeby tylko skończyć". Skutkuje to m.in. plamami w cieniowaniu. Jeśli rysunek Was znudzi albo czujecie, że zaczynacie przyspieszać tempo pracy, warto go odłożyć na jakiś czas na półkę i potem na spokojnie do niego wrócić. Mój rysunek dziewczynki z żyrafą leżał kilka miesięcy w szafce aż został dokończony. Swego czasu nie mogłam nawet na niego patrzeć. Było warto? Moim zdaniem tak, ale ocenić możecie sami.

8. Bądź systematyczny - praktyka czyni mistrza, więc jeśli chcesz rysować lepiej, musisz ćwiczyć. Zdaję sobie sprawę, że w napiętym grafiku dnia między domem, pracą czy dziećmi ciężko jest znaleźć kilka godzin na leniwe siedzenie nad kartką papieru. Myślę jednak, że wygospodarowanie kilkunastu minut nikomu nie sprawi problemu, pod warunkiem, że rysunek to pasja lub chociaż coś co lubisz. Rysując "raz na rok" nie da się wypracować pewnych nawyków, które ułatwiają z czasem pracę, nawet ręka nie jest już tak sprawna. Myślę, że z rysowaniem jest jak z jazdą samochodem, czy językiem obcym - niepraktykowanie powoduje, że pewne rzeczy zapominamy i na powrót do dobrego poziomu potrzeba czasu.

9. Stopniuj szarości - ołówki są różne, twarde, pośrednie i miękkie. W zależności również od firmy jaka je produkuje, dają inny odcień tzn. ołówek firmy X HB może dawać taki sam odcień szarości jak ołówek firmy Y 2B. Sęk tkwi w tym, aby rysując dosyć ciemny element nie używać od razu ołówka 5B i basta, tylko wraz z kolejną warstwą na papierze sięgać po bardziej miękki ołówek i przykładowo stworzyć trzy warstwy F, 2B, 5B. Jasne elementy takie jak skóra, również potrzebują warstwowego krycia, tylko ołówkami mniej miękkimi. Standardowo przy portretach na początku pokrywam kartkę ołówkiem F, później B, ciemniejsze miejsca zaznaczam 2B i dalej wracam do B etc. Chodzi o to, żeby podczas cieniowania pozbyć się widocznego kreskowania stwarzając tym samym jednolitą (bez plam) powierzchnię i pokryć pory (dziurki) kartki. Należy również zastosować umiar i nie stosować wszystkich twardości ołówków po kolei. Grafit po pewnym czasie stworzy śliską powłokę, po której miękkie ołówki będą jeździć, a tego nie chcemy, Sposoby szrafowania są różne*. Jedni cieniują stawiając koła/elipsy, inni stosują cieniowanie krzyżykowe (każda warstwa pod innym kątem). Osobiście cieniuję stawiając blisko siebie równoległe, proste kreski - wychodzi mniej lub bardziej realistycznie, ale znam osoby rysujące krzyżykowo w taki sposób, że nie jestem zauważyć  pojedynczych linii (dla mnie całkowita czarna magia). Rysując po pewnym czasie każdy odnajduje swój własny styl, w którym się dobrze czuje i uzyskuje zadowalające dla siebie efekty.

10. Nie zwracaj uwagi na krytykę - jeśli zdecydujesz się publikować swoje prace w mediach społecznościowych, prowadzić bloga, lub pokazać je w jakikolwiek inny sposób musisz przygotować się na mniejszą lub większą krytykę. Hejterzy nie przepuszczą nikomu. Każdy na niepochlebne opinie dotyczące swojej pracy reaguje inaczej. Możesz wdać się w dyskusję (która i tak do niczego nie doprowadzi), usuwać takie komentarze (w końcu kolą w oczy),  elokwentnie udzielić odpowiedzi na zarzuty (sarkazm górą) lub po prostu nie reagować. To jaki sposób wybierzesz, zależy tylko od Ciebie. Ja wiem jedno - nie daj sobie podciąć skrzydeł.  Rysujesz dla siebie nie dla innych.


Van Gogh powiedział kiedyś bardzo mądre zdanie: "Jeśli słyszysz w sobie głos mówiący: "Nie umiesz malować", maluj dalej - głos w końcu ucichnie". Dokładnie to samo można powiedzieć o rysunku.


* O technikach szrafowania napiszę w osobnej notce.

poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Justin Timberlake #2 - krok po kroku

Na Instagramie zawrzało, gdy JT wrzucił zdjęcie z synkiem. Trudno się dziwić, bo ujęcie przekroczyło wszelkie granice słodkości. Wniosek z tego jest bardzo prosty - prędzej czy później musiało zostać narysowane. Dzisiaj nie mam żadnych praktycznych wskazówek dotyczących rysunku, bo wykonywałam go w standardowy sposób. To raczej fotorelacja z całego procesu rysowania. Już niedługo kilka, mam nadzieję przydatnych i ciekawych, recenzji przyborów rysunkowych, których używam oraz właśnie szczegółowa notka o sposobie  i technikach rysowania. 

Szczegóły:
- ołówki: Koh-i-noor: F-8b;  StaedtlerLumoghaph 8B
- gumka w ołówku Koh-i-noor ERA, gumka chlebowa
- biały żelopis Marvy
- czas: ok. 10 godz