Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kredki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kredki. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 6 maja 2019

Portret konia kredkami Faber-Castell Polychromos

Jak zwykle, trochę mnie nie było, ale tym razem to tylko i wyłącznie brak stałego dostępu do Internetu.  Mam kilka zaległych prac, które koniecznie muszę Wam pokazać! Miesiąc temu skończyłam portret konia, który był prezentem urodzinowym dla bratanicy. Szczerze mówiąc, sporo czasu zajęło mi samo znalezienie odpowiedniej fotografii. Zauroczyło mnie nietuzinkowe umaszczenie konia, gdzie biel mieszała się z chłodną szarością, kością słoniową i ciepłymi promieniami słonecznymi. To był okres, w którym musiałam sobie przypomnieć realistyczne triki. Dosyć długo mi zajęła praca nad nim, bo ok. 3 tygodni. Dorosłe życie jest takie ograniczone czasowo, ale efekt był zadowalający i co najważniejsze, prezent się podobał. 
Rysunek został wykonany kredkami Faber Castell- Polychromos na papierze od Happy Color 250 g/m2 w formacie A3. Kaseta 120 kolorów Polychromosów daje mnóstwo możliwości, zwłaszcza przy tak dużej palecie szarości w ciepłych, jak i w zimnych odcieniach. W sumie to mój drugi (po Hali Gąsienicowej w szkicowniku) rysunek wykonany stricte tymi kredkami. Uwielbiam je za… ich twardość. Pory w kartce fajnie nadawały fakturę sierści i wcale nie musiałam z nimi walczyć przy pomocy blendera. Najwięcej pracy i szczegółów zajęły: oko, pysk i (wbrew pozorom) grzywa. 


Obdarowujecie bliskich i znajomych ręcznie wykonanymi prezentami, czy jednak wolicie zrobić zakupy? Ja co raz bardziej przekonuję się, że warto (jeśli ma się taką możliwość) zrobić coś samemu. Jestem lekko spięta, bo zwykle boję się reakcji, że rysunek mógłby się nie spodobać i nie wszystkim dana praca może przypasować do koncepcji wystroju itp.  Na szczęście póki co spotkałam się z pozytywnym odbiorem i szczerym uśmiechem.
Dajcie znać w  koniecznie komentarzach co myślicie i czy Was ucieszyłby taki prezent. Już niedługo kolejna praca. :) E.

sobota, 1 grudnia 2018

Recenzja: Kredki Derwent Drawing 24

        Pojawiły się na rynku w 1986 r., czyli wtedy jak nie było mnie jeszcze nawet na świecie. Minęło ponad 30 lat, a one nadal zyskują nowych sympatyków, którzy co jakiś czas zadają sobie pytanie, czemu tylko 24 kolory? Kredki Derwent Drawing przyciągają rysowników swoją niebanalną paletą kolorów i ciekawym efektem jaki można dzięki nim uzyskać. Creme de la creme  wśród kredek, które uchodzą powszechnie za miękkie.
Derwent jakiś czas temu powoli wprowadzał nowy desing metalowych opakowań swoich kredek. Wcześniejsze pudełko z lisem zostało zastąpione jesiennym pejzażem z ciemnoniebieską wstawką łączącą wszystkie rodzaje Derwentów i estetycznie znacznie bardziej przypadło mi do gustu. Moje pudełko niestety nie zamyka się tak szczelnie jakbym chciała. Górne wieczko otwiera się z łatwością i myślę, że otworzyło by się dosyć szybko wrzucone do plecaka czy torby, a przecież ma chronić przed uszkodzeniami mechanicznymi. Nie ma to jednak wpływu na to co znajduje się w środku, bo wygląd kredek nie zmienił się.
Po otwarciu wieczka zobaczymy 24 kredki o okrągłym kształcie pokryte błyszczącym, brązowym lakierem, oznaczone nazwą marki i nazwą koloru z numerkiem. Końcówka każdej kredki jest w tym samym odcieniu co rdzeń wewnątrz drewnianej oprawy. Już na pierwszy rzut oka widać, że grubość kredki jest większa niż np. Coloursoftów czy innych kredek (Prisamacolor Premier naprawę wyglądają przy nich jak słabej jakość chiński badziew). 8-mio milimetrowa średnica  i aż 5-cio milimetrowy kolorowy rysik Derwent Drawing sprawiają, że dostajemy więcej pigmentu do wykorzystania.
Kredki "na dzień dobry" mają ścięty szpic i nie są zatemperowane w taki sposób, by móc od razu zasiąść do pracy, więc warto byłoby je najpierw naostrzyć. Potrzebujemy strugaczki (tak u mnie mówi się częściej strugaczka niż temperówka) z nieco większym otworem. Podobnie sprawa tyczy się przedłużacza do kredek i najczęściej jedynym wyjściem są markowe przedłużacze od Derwenta dopasowane do średnicy kredki. 
Derwent Drawing są specyficzne i chyba nawet pokuszę się o stwierdzenie, że jedyne w swoim rodzaju, bo nie spotkałam kredek o podobnej konsystencji. Główkowałam trochę starając się je przyrównać do innych znanych kredek, ale... pomyślałam o pastelach olejnych. Kredki  są bardzo miękkie, wręcz "tłuste". Po kilku warstwach pozostawiają taki specyficzny film, bardzo podobny właśnie do pasteli mimo, że są to kredki na bazie wosku (nie oleju). Producent zapewnia, że odznaczają się dużą odpornością na światło, przez co rysunki wykonane nimi nie blakną. Kredki są dobrze napigmentowane (mimo stonowanych barw) i wyraziste nawet przy niewielkim docisku do papieru. Można nakładać jedną warstwę na drugą i do woli mieszać bez obawy o śliską powierzchnię, na której kredka nie będzie chciała rysować. Ich mega miękkość wpływa na to, że szybciej się zużywają i szybciej tracą ostrą końcówkę. Rysowanie szpicem przypominającym igłę jest nieosiągalne, bo przy zetknięciu z kartką, końcówka się kruszy, ale tylko ona - rdzeń nadal zostanie nienaruszony. Bez problemu można je mocnej docisnąć i nic złego nie powinno się wydarzyć. Jeśli kredka nie jest połamana wewnątrz, uszkodzić ją może tylko upadek albo temperówka niższych lotów. Okrągły kształt niestety powoduje możliwość sturlania się ich z biurka. Zdarzyło mi się dwa razy odprowadzić  kredkę wzrokiem (takie trochę slow motion), zanim upadła z impetem na podłogę. 


Jak każde kredki, znacznie lepiej wypełniają pory kartki, kiedy są dobrze zastrugane. Stępiony rysik pozostawia znacznie więcej białych, prześwitujących kropek, które niektórych mogą drażnić. Można się ich pozbyć używając blendera, białej kredki (lekko rozjaśni) lub mocniej dociskając. Ja w swoich rysunkach, które będzie można obejrzeć na końcu posta, nie używałam blendera i efekt prześwitów w ogóle mi nie przeszkadza. Rysowanie detali sprawia trochę trudności, ciężko jest nimi wypracować niewielkie elementy. Znacznie lepiej nadają się do tego twardsze kredki. Poniższy, producencki wzornik według mnie jest lekko nieadekwatny, tak jakby ktoś zbyt mocno przesunął suwak z kontrastem.
www.derwentart.com

Kolorystyka kredek Derwent Drawing jest nietypowa, bowiem składa się z kolorów bardzo stonowanych i naturalnych, czyli teoretycznie idealnych do pejzaży i zwierząt. Początkowo paleta składała się tylko z sześciu kolorów tzw. " kolorów ziemi" i sukcesywnie została powiększona na prośby klientów. Producent określa Derwent Drawing jako kredki do rysowania sierści, futra oraz piór. Obecnie w pełnym zestawie znajdziemy sporą paletę ciepłych brązów i pastelowych, przygaszonych zieleni czy żółcienie ochry. Kilka kolorów zasługuje na szczególną uwagę, przynajmniej mi wpadły w oko.

  • Light Sienna  1610 - według mnie jeden z lepszych tzw. cielistych odcieni wśród wszystkich kredek, bardzo neutralny  i naturalny kolor, mega przydatna kredka przy rysowaniu portretów;
  • Wheat 5715 - pszeniczna kredka, która rozwiązuje (wraz z odcieniami ochry) problem rysowania jasnych blond włosów;
  • Olive Earth 5160 - naturalny ciemny odcień zieleni, w sam raz do roślinności;
  • Mars Violet 6470 - siny fiolet, którym zachwyciłam się przy testowaniu kredek Procolour, można nim wykonać świetne półcienie przy portretach i przy krajobrazach;
  • Chineese White 7200 - o białej kredce Derwent Drawing krążą już legendy: bielsze nie będzie.
Myślę, że do obecnych dwudziestu czterech sztuk można byłoby dobrać jeszcze kilka istotnych barw utrzymanych w tematycznej kolorystyce, bo brakuje mi  kilku odcieni niebieskiego i zieleni, których użyłabym do krajobrazów (choć setem 72 kredek nikt by nie pogardził). W lecie natura mieni się tęczowymi kolorami, podobnie jest z ubarwieniem ptasich piór, które nie należą do stonowanych, a jednak są rzeczywiste i nie pociągnięte instagramowym filtrem. Warto nieco dłużej zatrzymać się przy białej kredce Derwent Drawing, która robi furorę wśród praktycznie wszystkich białych kredek dostępnych na rynku. Na wzorniku poniżej nie widać między kredkami różnych serii zbytniej różnicy, jednak podczas wykonywania rysunku Chinese White będzie bezapelacyjnie przodować.
Przez lata szkoły podstawowej zawsze wydawało mi się (i na pewno nie tylko mnie), że białe kredki w zestawach są totalnie bezużyteczne, bo w większości przypadków na plastyce rysowało się na białym papierze lub na kolorowym brystolu słabej jakości przyborami, więc bieli wcale nie było widać. Biała kredka ma sens, kiedy jest mocno napigmentowana, zwłaszcza na czarnym papierze. Możemy stworzyć wtedy naprawdę fajną pracę choćby 3 kredkami, tak jak mój renifer: szara, czarna i biała z opisywanego zestawu.
Kredki Derwent Drawing można kupić na sztuki za ok 4-4,50 zł lub w zestawach po 6, 12 lub 24 sztuki. Największy z nich to koszt około 100-120 zł, czyli nie jest szczególnie wygórowany za przybory rysunkowe dobrej jakości. Jeśli ktoś nie jest pewien, czy polubi się z takim rodzajem kredek, może zakupić bez problemu w sklepach plastycznych  pojedyncze egzemplarze.
Wypróbowałam kredki Derwent Drawing na w trzech rodzajach rysunków: zwierzę, portret i krajobraz.  Pierwsze dwa starałam się wykonać w miarę realistycznie na gładkim papierze 190g/m2. Ostatni, górski krajobraz na podstawie własnego zdjęcia narysowałam w szkicowniku o lekko fakturowanych kartkach, bardziej jako ilustrację. Efekty prezentuję na skanach rysunków.

MOJA SUBIEKTYWNA OPINIA KREDKACH DERWENT DRAWING
Kredki zakupiłam ze względu na swoją niespotykaną konsystencję i kolorystykę, która trafiła w moje upodobania swoją naturalnością, zwłaszcza teraz kiedy jestem na etapie rysowania górskich krajobrazów. Uważam, że był to trafiony zakup, bo wykonując rysunki jedyną irytującą sytuacją było kruszenie się zatemperowanych szpiców. Poza tym Derwent Drawing dobrze współpracują z kredkami innych producentów, pojedyncze sztuki stosowałam niekiedy jako ostatnią, wygładzającą warstwę nadającą rysunkowi miękkiego wykończenia (np. kredką Light Sienna w portretach). Ciężko stworzyć coś wyłącznie paletą 24 kolorów, bo najzwyklej w świecie jest ona niewystarczająca dla osób, które nie są skoncentrowane tylko na zwierzętach lub jesiennych pejzażach. Szkoda, że Derwent tworzy nowe linie kredek (Procolour czy Lightfast), a nie poszerzy gamy Derwet Drawing, którą tak  przecież lubimy.

Plusy:
- gruby, kolorowy rdzeń
- łatwość mieszania i nakładania kolejnych warstw
- ciekawa stonowana kolorystyka, bardzo realistyczna
- możliwość uzupełniania braków na sztuki

Minusy:
- niedomykające się pudełko
- szybko się zużywają ze względu na miękkość
- ze względu na średnicę wymagają oryginalnego przedłużacza

środa, 19 września 2018

Hala Gąsienicowa latem - rysunek kredkami Polychromos

       Znowu miesiąc przerwy pomiędzy postami i znowu jestem na siebie zła za tą niesystematyczność. Na szczęście nie próżnuje i staram się zbierać materiały na dalsze posty, głównie recenzje przyborów, do których potrzebuję trochę więcej niż jeden szkic. Z ciekawszych rzeczy, do których mogę się już odnieść teraz, na pewno należy poszerzenie moich zbiorów o zestaw 120 kredek Faber-Castell Polychromos. 1,5kg szczęścia, na które choruje każdy kto choć raz zobaczy zdjęcie całej palety. Najśmieszniejsze jest to, że leżały na półce miesiąc, zanim zdecydowałam się nimi wypełnić pierwsze strony szkicownika kwitnącą na różowo panoramą Hali Gąsienicowej. Tak znowu góry, ale tym razem nie udało mi się zrobić zdjęcia typu follow your art. Nie ma wyjścia, zostanie na przyszły rok. 
Szczegóły:
- szkicownik A5 Hahnemule Draft & Sketch 140g/m2
- gumka w ołówku Koh-i-noor Era
- czas: na raty przez 3 tygodnie
I pomyśleć, że ja kiedyś nie cierpiałam rysować krajobrazów. Odstraszała mnie ilość szczegółów, kształty i perspektywa. Bo jak odwzorować taką mnogość faktur, żeby nie wyglądało dziecinnie i płasko? Słowo klucz: uproszczenie. Nie jesteśmy w stanie nadać kształtu np. kwiatom z takiej odległości, są one po prostu zbiorem (albo i chaosem w tym przypadku) kresek i kropek postawionych w podobnych odcieniach z różnym naciskiem. Ile miałam przy tym frajdy! Napigmentowanie Polychromosów tylko wzmacniało pozytywne emocje. 
Mnogość odcieni zielenii w kasetce Polychromosów zachwyca. Niektóre z nich są owszem żywe, jednak wg mnie nienaturalne i nie nadają się do krajobrazów chyba, że do egzotycznej laguny. Podczas rysowania drzew i trawy operowałam 5 zielonymi kredkami, jedną w kolorze ochry nadającej złocistą poświatę i czarną. Starałam się robić jak najwięcej zdjęć z bliska, żeby pokazać szczegóły, które (jak dobrze założyłam) rozmyły się przy całościowym widoku.
Obawiałam się jak wyjdą rośliny a okazało się w trakcie, że to góry i szczyty dadzą mi popalić. Widniejące nad bacówkami dwie "piramidy" Mały Kościelec i Kościelec jeszcze dały się okiełznać. Przy reszcie leciałam już trochę na wyczucie i bardzo mocne uproszczenie, co dla mnie miłośnika dokładności i realizmu, wydawało się rysowaniem po łebkach zwłaszcza, że światło i cienie zrobiły je na niebiesko. Trochę sztucznie? Czuję, że topografia też może się nie zgadzać. Na sam koniec, chciałam piękną kaligrafią podpisać rysunek, ale zapomniałam, że przecież piszę jak kurwa pazurem. Tego poprawić się już nie dało. 
Końcowy efekt wygląda naprawdę fajnie. Szczegółowość mimo wszystko na plus, moje miłość do Polychromosów się umocniła i krajobrazy to naprawdę wdzięczny temat. 

środa, 20 września 2017

Jezu, ufam Tobie - portret kredkami

Raz na jakiś czas wpadam na pomysł narysowania kopii jakiegoś znanego dzieła jak np. Beksińskiego rok temu, żeby sprawdzić samą siebie w jakim stopniu uda mi się odwzorować pierwowzór. Jeszcze w maju rozpoczęłam kopię znanego obrazu Jezusa Miłosiernego, który znajduje się w Sanktuarium Miłosierdzia Bożego w Krakowie-Łagiewnikach. Pierwsza wersja namalowana w 1934 r. wg wskazówek siostry Faustyny przez Eugeniusza Kazimirowskego nie przypadła jej do gustu, bowiem w jej wizjach Jezus wyglądał inaczej. Wcale się nie dziwię, że malarzowi ciężko było odwzorować wygląd Chrystusa tylko po opisach. Z tego co można przeczytać w Dzienniczkach wizjonerka od samego Jezusa usłyszała, że: Nie w piękności farby ani pędzla jest wielkość tego obrazu, ale w łasce mojej.... Aktualnie pierwowzór można oglądać w Wilnie. Najbardziej znana jest wersja z 1943 r. namalowana przez prof. Adolfa Hyłę, już 5 lat po śmierci zakonnicy. Malarz miał nieco odmienną wizję Bożego Miłosierdzia, która przedstawiała Pana Jezusa, jako „niebiańskiego lekarza”, idącego przez świat, uzdrawiając zbolałą ludzkość i darząc ją swoim miłosierdziem. Dlatego zawsze, gdy malował obraz z przeznaczeniem dla konkretnego miejsca, Pana Jezusa przedstawiał na tle danego pejzażu, krajobrazu miejsca, w którym obraz miał zostać umieszczony. Obraz namalowany dla Łagiewnik przedstawiał z początku tamtejsze łąki, wzgórza i las. Na skutek ogromnej presji artysta przemalował obraz, zastępując pejzaż posadzką nawiązującą do Wieczernika*.


Format A3 nie jest zbyt duży, gdy do narysowania jest cała postać, w związku z czym głowa ma tylko ok 4 cm! Najważniejsze były oczywiście oczy i ich przejmujący wyraz, który mam nadzieję, że udało mi się uchwycić. 


Podczas rysowania używałam większości kredek, które posiadam w zbiorach, jednak najczęściej były to Faber-Castell Polychromos i Prosmacolor Premier. Kolory cieliste współpracowały ze sobą znakomicie, dodatkowo wszelkie poprawki dawało wprowadzić się za pomocą niezastąpionej gumki Era, które świetnie wymazywała.


Czarne jednolite tło to była zmora jakich mało. Jedyny element, z którego jestem średnio zadowolona, bo niestety widać ślady kredek. Może lepszym rozwiązaniem byłoby tło z suchych pasteli odpowiednio zabezpieczone przed rozmazywaniem przed rysowaniem całej postaci? 

Szczegóły:
 - papier A3 Canson 190g/m2
- kredki Faber-Castell Polychromos, Prismacolor Premier, Derwent Coloursoft, Koh-i-noor Polycolor, Derwent Drawing
- blender Derwnet
- gumka w ołówku Koh-i-noor Era
- czas: od maja do września w dłuższymi przerwami

Jak Wam się podoba? Dajcie znać w komentarzach. :) 


* Źródło: www.niedziela.pl z dnia 16.01.2014 r.

wtorek, 17 stycznia 2017

Ahoj przygodo! Portret chłopca z kotem - krok po kroku

Dzisiaj szybko wsiadamy do pociągu i  i ahoj przygodo! Kierunek San Escobar! :) A tak na poważnie dokładnie miesiąc temu opublikowałam portret papieża i nastąpił mały przestój. Wszystko za sprawą przygotowania dla Was posta o kredkach, którą przecież trzeba poprzeć przykładami. Ten rysunek zaczęłam jeszcze w tamtym roku, jednak sierść kota i początkowa niechęć do nowego papieru skutecznie opóźniała postępy. Efekt końcowy dla mnie jest na plus. Zobaczcie sami.
W rysunku miałam zamiar użyć tylko i wyłącznie kredek Polycolor, jednak w sklepie kobieta pomyliła Polycolory z Mondeluzami i drewniane belki musiałam narysować kredkami akwarelowymi.  Dodatkowo sięgnęłam po papier o większej gramaturze (zwykle rysuję na 90g/m3) i mimo, że na początku nie mogłam się odnaleźć, tak później całkiem fajnie się pracowało, choć rogi kartki i tak się podwijały.
Szczegóły:

- A4 Canson 180 g/m2

- Koh-i-noor Polycolor Portrait + czarna; Mondeluz dwie brązowe

- biały żelopis Sakura Gelly Roll

- czas: nie mam pojęcia, rozpoczęłam jeszcze w starym roku

Kolorystyka rysunku zależy od tego o jakiej porze i jakimi ustawieniami robiłam zdjęcia.




Poniżej step by step na podstawie skanów i animacji.