niedziela, 22 listopada 2015

Ołówek - historia, wytwarzanie i rodzaje

     Historia ołówka jako przyrządu do pisania sięga starożytnego Rzymu. Skrybowie jednak wykorzystywali do pisania na papirusie rysik wykonany z toksycznego ołowiu. Właśnie od tego pierwiastka ołówek zyskał swoją nazwę, choć obecnie wiadomo, że niewiele ma z nim wspólnego. Czym jest ołówek? W 1567 roku szwajcar Kondrad Gessner napisał Rozprawę o skamielinach, w której zawarł pierwszą znaną definicję ołówka. Określił go jako pręt do pisania w drewnianej rozprawie. Istnieją pewne pogłoski o wyjątkowości opisywanego przez Gessnera ołówka, który miał być używany przez samego Szekspira. 
Źródło: http://www.johnbetts-fineminerals.com
     Sam grafit został odkryty w roku 1564 w Borrowdale w pobliżu Kestwick w Anglii. Po przejściu okropnej burzy, która spowodowała spore szkody, grupa pasterzy w okolicy zniszczonego dębu odnalazła spore depozyty grafitu, który początkowo został przez nich uznany za  czysty węgiel. Życie szybko zweryfikowało ten pogląd, bo znalezisko nie spalało się w oczekiwany sposób, ale dawało ciemniejsze ślady niż używane dotychczas pręty ołowiu. Pasterze zaczęli wykorzystywać więc grafit do oznaczania owiec. Problemem okazała się łamliwość i kruchość nowego materiału piśmienniczego, którą jednak rozwiązano poprzez okręcenie grafitu łańcuchem czy skórą z owiec a z biegiem czasu umiejscowienie go w wydrążonym patyczku.       Próbę  opracowania drewnianego trzonu podjęła w 1560 roku włoska para Simonio i Lyndiana Bernacotti, którzy pierwsze oprawki stworzyli z resztek drewna z zakładu stolarskiego. Początkowo oprawki były owalne i płaskie a grafitowy pręt wkładany do wydrążonej gałęzi jałowca. Następnie sposób swój unowocześnili poprzez drążenie rowków w dwóch połówkach, włożenie do środka grafitu i sklejenie połówek. Prosta i zarazem innowacyjna, jak na tamten czas, metoda jest wykorzystywana do dnia dzisiejszego. W ten oto sposób odnaleziona substancja w kopalni w Borrowdale stała się niezwykle cenna, przede wszystkim ze względu na jakość, bowiem grafit znaleziony przez pasterzy okazał się najczystszym złożem, pozbawionym różnego rodzaju zanieczyszczeń. Jego ogromna zaleta stała się zarówno wielką wadą, ponieważ w tym rejonie rozwinął się bardzo szybko przemysł wytwórczy a także dochodziło do licznych kradzieży, dlatego złoża grafitu na dzień dzisiejszy po prostu się wyczerpały. Pierwsza fabryka w tym miejscu powstała w 1832 roku pod nazwą Banks, Son &Co.  i działa do dzisiaj jako znany wszystkim Derwent Cumberland Pencil Company.
Źródło: https://www.flickr.com/photos/mikeforsyth/383976959
     Nie oznacza to jednak, że wcześniej nie podejmowano prób masowej produkcji ołówków. Anglia do końca XVII wieku cieszyła się monopolem na produkcję ołówków z naturalnego grafitu. Złoża grafitowe zostały odnalezione również w innych miejscach, jednak były one zanieczyszczone. W 1662 roku w Norymberdze w Niemczech po raz pierwszy wyprodukowano ołówek ze sproszkowanego grafitu w połączeniu z siarką i antymonem. Choć jakościowo był gorszy od angielskiego stał się inspiracją do tworzenia niemieckich gigantów zajmujących się produkcją artykułów piśmienniczych takich jak Faber Castell, Lyra czy Staedtler. We Francji zaś potrzeba stała się matką wynalazków i to nie byle jakich. Pod koniec XVIII wieku Wielka Brytania wprowadziła zakaz kontaktów gospodarczych z krajem Napoleona, co uniemożliwiło sprowadzanie surowców naturalnych, w tym grafitu, a co za tym idzie produkcję ołówków. W 1795 roku Lazzare Nicolas Marguerite Carnot wydał polecenie Nicholasowi Conte stworzenia ołówka, które będzie możliwe bez angielskich depozytów grafitu. Conte wymyślił więc metodę polegającą na mieszaniu proszku grafitowego z gliną, formowaniu z tej mieszaniny pręcików i wypalaniu ich w piecu w temperaturze 1900' C.  Dodatkowo poprzez mieszanie proporcji proszku i glinki uzyskał ołówki o różnym stopniu twardości. Mniej więcej w tym samym czasie austriacki architekt Joseph Hardmuth opracował identyczną metodę tworzenia nowoczesnych ołówków co przełożyło się na stworzenie bardzo znanej firmy Koh-i-noor Hardmuth w 1791 roku.  Pomysł produkcji wkładu do ołówków zrobiony ze spieku mieszanki glinki kaolinowej i grafitu został opatentowany przez czeską firmę w 1802 r., która metodę tę stosuje do dziś w swoich produktach. Z powyższego opisu wynika, że produkcja ołówków była domeną europejską, choć Amerykanie długo nie pozostali w tyle. Gdy również na nich została nałożona blokada gospodarcza i nie mogli importować ołówków z Europy, w 1812 r. William Monore, stolarz z Concord stworzył pierwszy amerykański ołówek. Przedsiębiorca Ebenezer Wood przejął metodę produkcji Monroe jednak użył do niej piły tarczowej co znacznie usprawniło proces wytwórczy. To jemu zawdzięczamy sześciokątny kształt ołówka. Ponadto Amerykanie rozpowszechnili wytwarzanie drewnianej oprawy z cedru - drzewa bardzo dobrej jakości,  miękkiego, łatwego do obróbki  i odpornego na zniszczenie, rosnącego w górach Sierra Nevada w Kalifornii. Aby zapewnić ciągłą dostępność, lasy uprawiane są w sposób zrównoważony i wydajny co oznacza, że  roczne tempo wzrostu lasu jest większe niż pozyskiwanie z niego drewna.
Źródło: http://www.brandnamepencils.com
     Obecnie chciałoby się powiedzieć, że ołówek nie jeden ma kolor. Pierwsze masowo produkowane ołówki był naturalne i niepomalowane, tak by pokazać jakość drewnianej oprawy. Sytuacja zmieniła się po roki 1890, gdy świat zalały żółte ołówki. Według historii pierwszy pomalowany na żółto ołówek został wyprodukowany przez Koh-i-noor. Miał być produktem o najwyższej na świecie jakości, tak jak sama nazwa firmy, która wiąże się na największym odnalezionym diamentem. Typowy żółty ołówek Koh-i-noor nosi nazwę 1500 i według informacji na stronie producenta był wyprodukowany już dwa lata wcześniej, bo w 1888 r. W związku z nadaną barwą był wyjątkowy na tle innych, dlatego inne koncerny zaczęły szybko kopiować żółte ołówki jako produkt luksusowy nadając im nawet orientalne nazwy takie jak Mirado i Mikado, związane z pochodzeniem grafitu. Warto wspomnieć również o historii ołówka w Polsce. Pierwsza i jedyna fabryka ołówka powstała w 1889 r. w Pruszkowie z inicjatywy inżyniera Stanisława Jana Majewskiego. Ołówki techniczne o nazwie Polonia 340 zostały nagrodzone złotym medalem podczas Wystawy Światowej odbywającej się w Paryżu w 1937 roku.
Źródło: http://st-majewski.pl
     Współcześnie ołówki produkowane są przemysłowo z grafitowego proszku połączonego z kaolinem oraz poprzez dodanie wody. Z powstałej papki formuje się długie "nitki" przypominające spaghetti, które następnie wypieka się w piecu. Dodaje się do nich olej lub wosk, który wnika w szczeliny oraz dodaje "gładkości". Zanieczyszczony grafit wcześniej jest kruszony, przesiewany i czyszczony w celu osiągnięcia jak najwyższej jakości. W cedrowych deskach, uprzednio odpowiednio wysuszonych w tartakach, przeciętych i wyszlifowanych, żłobi się rowki, do których następnie wkłada się i przykleja pręciki grafitowe. Ich długość dostosowuje się do długości drewnianego trzonu poprzez ścieranie. Kolor, czy kształt a także sposób oznaczenia zależy od konkretnego producenta. Warto wspomnieć, że Franz Hardmuth jest twórcą technologii umożliwiającą produkcję ołówków w zakresie gradacji. Również europejski  standard stopniowania twardości ołówków związany jest z firmą Koh-i-noor:
  • H - ołówki twarde, od nazwiska założycieli Hardmuth
  • B - ołówki miękkie, od siedziby firmy znajdującej się w Budziejowicach
  • F - ołówek pośredni, od imienia pomysłodawcy gradacji ołówków Franza Hardmutha.
Poniższy wykres bardzo dobrze ilustruje  twardość ołówków. Na samym środku znajdują się ołówki pośrednie F i HB, które nie są ani miękkie, ani twarde i zazwyczaj służą do pisania. Z prawej strony ołówki stają się co raz bardziej miękkie, zaczynając od B. Im większa cyfra przed literą tym ołówek ma ciemniejszy odcień i jest miększy. Taka sama zależność dotyczy ołówków z lewej strony, czyli twardych, rozpoczynając stopniowanie od litery H. Im wyższa przy niej cyfra tym ołówek jest twardszy. 

To jaki dany ołówek ma odcień szarości/czerni zależy od producenta, bowiem ołówki o tej samej gradacji np. 2B mogą się różnić nasyceniem w zależności od tego czy jest to ołówek firmy Derwent czy Steadtler. Ponadto ołówek 2B producenta X może dawać taki sam efekt jak ołówek B lub 3B producenta Y. Przykładowe stopnie gradacji ołówków różnych producentów:
  • Staedtler Mars Lumograph - obecnie produkowany w skali 12 stopniowej, choć producent ogłosił rozszerzenie o 4 kolejne ołówki: 9B, 7H, 8H i 9H, a także wprowadzenie na rynek nowości jaką ma być czarny, matowy ołówek Lumpograph Mars.



  • Koh-i-noor Hardmuth 1500 - obecnie znany z 20-stopniowej skali ołówków od 10H do 8B.


  • Faceb-Castell 900 art - produkowany w 16-stopniowej skali, od 6H do 8B.




Ołówki można kupować w komplecie oraz na sztuki. Przy zakupie całego kompletu należy zwrócić uwagę na to jakiej twardości ołówki znajdują się w środku. Przykładowo żółte ołówki Koh-i-noor 1500 sprzedawane są w różnych zestawach: seria 1502/II zawiera ołówki od 8B do 2H, zaś seria 1502/I zawiera ołówki od HB do 10H. Pierwszy zestaw jest typowo artystyczny, drugi lepiej posłuży przy rysunku technicznym. 
     Po omówieniu gradacji ołówków, istotną kwestią są jego rodzaje. Możemy podzielić je ze względu na kształt, grubość, oprawkę czy przeznaczenie.

     1.  Podział ołówków ze względu na kształt:

  • ołówki okrągłe np. Derwent Sketching

  • sześciokątne np.  Koh-i-noor Toison D'or 1900



  • trójkątne np. Faber Castell Grip 2001 



      2. Podział ołówków ze względu na rodzaj oprawy grafitu:



  • tradycyjne w drewnianej oprawce są najbardziej rozpowszechnione



  • mechanicze/automatyczne - rysiki różnego grubości wkłada się do metalowej lub plastikowej obudowy przypominającej długopis. 

  • bezdrzewne czyli takie które nie mają drewnianego trzonu, a gruby pręt grafitu pokryty jest lakierem

Ponadto ze względu na grubość można wyróżnić  ołówki, które są większe niż tradycyjne i noszą zwykle miano ołówków JUMBO. Biorąc od uwagę przeznaczenie, istnieją specjalne ołówki, które rysują na sucho jak tradycyjny ołówek, jednak w połączeniu z wodą dają efekt farb wodnych. Ołówki taki nazywane są ołówkami akwarelowymi lub wodorozpuszczalnymi.    
Ciekawostki związane z ołówkiem: 

  • Gumka do ołówka została dodana dopiero w 1858 roku przez Hymana Lipmana, który swój patent sprzedał za 10.000 $ Josephowi ReckendorflerowiÓw Józef nastepnie pozwał Faber-Castell do sądu za naruszenie patentu, jednak sprawę w 1875 roku przegrał. Sąd uznał, że niemiecka firma nie popełniła przestępstwa, ponieważ połączyła dwie, powszechnie znane rzeczy. Nie doszukał się w gumce z ołówkiem żadnej nowości.
  • Najstarszy ołówek na świecie znaleziony w drewnianym domu z 1630 roku, znajduje się w zbiorach niemieckiej firmy Faber-Castell. 
  • Dziś w mieście odnalezienia pierwotnego bloku grafitu znajduje się Muzeum Ołówka: Cumberland Pencil Museum w Kestwick, w którym poznamy historię powstawania ołówka i produktów firmy Derwent.
  • Największe na świecie źródła grafitu znajdują się na Sri Lance, zaś najczystszy obecnie grafit znajduje się w rejonie meksykańskiej Sonory.

czwartek, 12 listopada 2015

DIY - girlanda z piłeczek pinpongowych

Light balls, czyli  świecące piłeczki na dobre zagościły w naszych domach jako element dekoracyjny, nie tylko w okresie bożonarodzeniowym. Lubię fajne rozwiązania za nieduże pieniądze, które można wykonać samemu w domu. Dobrze wyglądają i satysfakcja jest większa jeśli zrobimy coś samemu (przynajmniej ja tak mam). Można znaleźć różne wersje i wybrać tą która odpowiada nam najbardziej pod względem efektu. Mnie oprócz bawełnianych kul (cotton balls) urzekły światełka wykonane z piłeczek do tenisa stołowego. Banalnie proste do wykonania, tanie i kapitalne rozwiązanie, żeby urozmaicić wystrój pokoju. 

Do wykonania światełek z piłeczek potrzebujemy:
  • łańcucha świetlnego LED  (kolor według uznania)
  • wkrętarki 
  • białych piłeczek pingpongowych (najlepiej bez napisów)


Mój łańcuch to 20 diod LED zasilanych na baterie (2 zwykłe "paluszki"). Trzeba zaznaczyć, że inne światełka w tym wypadku są niedopuszczalne ze względu na nagrzewanie się żarówek, co powoduje niebezpieczeństwo topienia się plastikowych kuleczek. Nie wiem czy jakiekolwiek światełka byłyby w stanie wytworzyć aż tyle ciepła, ale warto dmuchać na zimne. Plusem światełek na baterie jest to, że można je umieścić, gdzie tylko chcemy, a przede wszystkim z dala od kontaktu, który nierzadko znajduje się w mało dostępnym miejscu. Dla chcących girlandę z 200 światełek, podłączaną do kontaktu, jedynym problemem może być znalezienie odpowiedniej ilości piłek - nic więcej. 


Warto zwrócić uwagę na kolor przewodu, ponieważ w większości jest on ciemnozielony, co może i pasuje do choinki, jednak brzydko odznacza się na ścianie. Najlepszym rozwiązaniem byłby biały lub przezroczysty przewód. Światełek z typowo białym kablem nigdzie nie znalazłam, jednak przezroczysty można już dostać (np. na allegro). Swoje światełka kupiłam dzisiaj w Lidlu za 12,99 zł. Mają one przezroczysty przewód i były dostępne w trzech wariantach kolorystycznych: zimne, jasne światło, ciepłe, jasne światło oraz światło w kolorze bursztynu (wybrałam ostatnie). Całkowita długość łańcucha  wynosi 2,4 m, a żywotność diody wyszacowano na pudełku na ok 2 tys. godzin, więc trochę poświecą. Piłeczki do tenisa okazały się większym problemem, jednak ostatecznie udało mi się dostać komplety pakowane po 6 sztuk za 4 zł w chińskim markecie. Piłki nie mają żadnych napisów co jest plusem. 


Najistotniejszą kwestią jest zrobienie dobrych dziurek w piłkach, czyli nie za małych i nie za dużych. Przeciskanie diody przez zbyt małe otwory może ją uszkodzić (a tego przecież nie chcemy), zaś ze zbyt dużej dziurki mogą one się wysuwać. Dziury robiłam dwoma wiertłami, najpierw małym, tak by tylko je przekłuć, większym by powiększyć otwór. Dlaczego tyle z tym zabawy?  Po pierwsze, próba nacięcia nożykiem piłeczki nie wypaliła, ponieważ nożyk się ślizgał (groziło to mocnym pocięciem palców) i nacięcia były nieestetyczne, po drugie, piłeczki wcale nie są takie miękkie (przynajmniej moje nie były). Z drugiej strony większe wiertło wgniatało mi piłki do środka i zniekształcały je. Uważam, że wkrętarka to lepsze rozwiązanie niż nacinacie, ponieważ dziurki są takie same w każdej z nich i nie mają poszarpanych brzegów. Mimo tego, wykonanie światełek zajęło mi pół godziny.



Po zrobieniu dziurek wystarczy powpychać w nie diody. Potem świecące kule są gotowe i wystarczy znaleźć im odpowiednie miejsce, by wieczorami rozświetlać pomieszczenie - zwłaszcza teraz, kiedy tak szybko za oknem robi się ciemno. 







Ktoś robił inny rodzaj świecących kulek? Chętnie zobaczę. :)

**** Oprócz zakładek dotyczących rysunków i przyborów postanowiłam dodać do bloga zakładkę DIY (Do It Yourself). Mam nadzieję, że w pewien sposób urozmaici to stronę i nie zniechęci fanów rysunku

poniedziałek, 9 listopada 2015

Zakrwawione usta

     Uwielbiam mega hiperrealistyczne rysunki - nie ważne czy są to pełne portrety, poszczególne elementy twarzy, czy martwa natura. Pierwsza myśl jaka przychodzi wtedy do głowy zawsze brzmi tak samo: "No jak?". Spróbowałam swoich sił w ilustracji ust - nadgryzionych i lekko krwawiących  ust (tak, drogie Panie, tak właśnie kończą fanki panny Steel). Nie wyszło jakoś mega, ale biorąc pod uwagę doświadczenie z kredkami, efekt końcowy jest satysfakcjonujący. W trakcie rysowania nasunęło mi się kilka spostrzeżeń, które warto zapamiętać.

1. Podczas wykonywania szkicu oprócz  proporcji i pewnej symetrii warto od razu zaznaczyć na wargach  miejsca, w których odbija się światło (pozostaną one białe), jako efekt np. błyszczyku, śliny i różnej maści "nawilżenia".

2. Jeśli usta są rozchylone i widać na nich zęby, nie wolno ich zostawić śnieżnobiałych. Rzadko kto może pochwalić się zębami, których biel bije po oczach. Zwykle przyjmują one kolor kości słoninowej, odcieni żółci, szarości a nawet błękitu czy czerwieni jak w tym przypadku, zabrudzone krwią. Na poniższym zdjęciu na zębach również można dostrzec niezakreskowaną przestrzeń w postaci odbicia światła.



3. Wszelkiego rodzaju bruzdy (pionowe linie na wargach) są istotne z punktu tworzenia przestrzenności rysunku tj. wypukłości ust. Warto nie stawiać od razu ciemnych krech, które ciężko w razie błędu wymazać - to nie ołówek. Niektóre z nich są mocne inne mniej widoczne.

4. Dobrze jest zacząć od najjaśniejszego odcienia przy dokładaniu kolejnych warstw, dzięki temu unikniemy zamalowania tych punktów, które powinny się odznaczać  np. jasna, nieregularna linia na górnje wardze, która ma być tak jakby rozdzielnikiem od popękanej czy obgryzionej  skóry.  Dopiero potem skrupulatnie dorzucać mocniejsze kolory czy odcienie. Krew zaczynałam kredką Staedtler ergo soft, następnie Koh-i-noor progresso a potem polycolor  nr 47 i 48.



5. Mój rysunek podchodzi bardziej pod ilustrację, więc brzegi ust mogłyby być dosyć widocznie, jednak usta, jeśli nie są pomalowane szminką nie mają ich aż tak wyraźnych. Zdarza się, że linia górnej wargi rozmywa się, stapia ze skórą. Dokładnie tego nie widać, bo zdjęcia nie są pierwszej jakości (przepraszam), ale przy łukach zastosowałam burnisher (przed położeniem pierwszej warstwy), który spowodował, że kartka została zawoskowana i nie pokryła się kolorem. Brzegi tych "białych plamek" obrysowałam mocniej kredką tak by były zauważalne. 



Jedyne czego mi brakuje to białych kropeczek w różnych miejscach i białych bruzd, które można by narysować  białym żelopisem lub jakimś zamiennikiem, ale mój obecny przestał pisać a innego nie mogę znaleźć w sklepach. Szkoda, ale mówi się trudno. :)





piątek, 6 listopada 2015

Meow czyli rysunek kotów - krok po kroku

     Opanowały nie tylko Internet, ale także (a może przede wszystkim) życie swoich właścicieli. Maluchy rozczulają każdym spojrzeniem, są puchate i mięciutkie, zaś mruczenie dorosłego osobnika działa odprężająco. Zresztą mamy jesień, to najlepsze kocyki na świcie! Tak, dokładnie mowa o kotach, które wbrew pozorom nie są łatwym obiektem do narysowania. Najbardziej problematyczną sprawą jest oczywiście sierść, której rodzaj i długość jest zależna od miejsca jej występowania - na nosie dopatrzymy się krótkich, "sztywnych" włosków, zaś tułów porośnięty jest dłuższymi i bardziej miękkimi. Kierunek ich wzrostu i układania nie jest bez znaczenia, dlatego zmysł obserwacji powinien zostać jeszcze bardziej wyostrzony. Dzięki temu rysunek i sam kot nabiorą odpowiednich kształtów i przestrzenności, wykluczając jeden z podstawowych błędów w realistycznym rysowaniu jakim jest płaski rysunek. Dodatkowo efekt "3D" uzyskamy przez różnicę ubarwienia. Warto wspomnieć o podstawowej zasadzie rysowania pyszczka, która ogranicza się do usytuowania oczu i nosa w rogach trójkąta (linia pomocnicza mile widziana) co ułatwia zachowanie odpowiednich proporcji zwierzęcia. Uważam, że to najważniejszy punkt, całą resztę można wymodelować właśnie sierścią. Mój rysunek nie ukazuje tego idealnie, ponieważ oba koty mają zamknięte oczy (które też są pod odpowiednim kątem), jednak  w bliższej lub dalszej przyszłości opiszę rysowanie kota w dokładniejszy sposób w osobnej notce. 


   Największa różnorodność w postaci różnych kierunków układania się sierści występuje bezapelacyjnie na nosie. Jak widać na zdjęciu jest on podzielony na pół i od strony nozdrzy włoski uciekają na zewnątrz zataczając łuki. Nieco wyżej jest na odwrót - sierść spotyka się na samym środku. Nie wiem na ile takie tłumaczenie jest zrozumiałe, ale jeśli przyjrzymy się dokładnie na pewno stanie się to jasne jak słońce, choć nadal bardzo czasochłonne i żmudne. Do narysowania tego elementu użyłam tym razem ołówka automatycznego z bardzo cienkim rysikiem 0,35 mm, który podczas rysowania nie tępi się i nie zmienia grubości linii tak jak jest to w przypadku tradycyjnych ołówków, które non stop należy wtedy temperować, czy szerszych rysików. 

     
     Aby dodać rysunkowi ciekawszego efektu warto nie zapomnieć o dorysowaniu (lub niezarysowaniu) białych włosków. Tym razem posłużyłam się właśnie dwoma sposobami. Długie wąsy dorosłego kota (te na ciemnym tle)  zostały pominięte w cieniowaniu. Nie miałam pod ręką białego żelopisu, więc wymazanie czysto białych linii gumką na tylu warstwach ołówka nie byłoby możliwe. Cała reszta została podmazana albo gumką Koh-i-noor Era w ołówku albo brzegiem ściętego nożem  Factisa. Zwróćcie uwagę także na to, że pyszczek małego kota jest rysowany w inny sposób, jego sierść jest bardziej puszysta, ma więcej jasnych włosów, których brzegi są rozmazane. 


Szczegóły:
- A4 - Canson 90g/m2
- ołówki: automatyczny 0,5 i 0,3 Pentel HB; Koh-i-noor 1860: F, 3B, 7B, 8B; Faber-Castell 5B;
- blender;
- gumka w ołówku Koh-i-noor Era ; gumka Factis;
- czas ok. 10 h.



piątek, 9 października 2015

Krytyka rysunków - jak się nie zniechęcić?

    Polak "specjalista" od wszystkiego prawdę Ci powie - brzmi jak zapowiedź wróżbity Macieja, lecz niestety to nasza szara rzeczywistość. Potrafimy oceniać, krytykować i wytykać błędy, mimo iż kompletnie sami nie znamy się na danej dziedzinie. Bardzo modna ostatnio tzw. konstruktywna krytyka przechodzi granice dobrego smaku, dołuje, potrafi podciąć skrzydła przy samych ramionach. Dlaczego? Trudno mi to zrozumieć, prawdopodobnie z mniejszej lub większej zazdrości, dla zasady, bo Polska to wolny kraj i mogę wyrażać swoje zdanie, zwłaszcza jeśli coś publicznie udostępniasz. Fala hejtu różnej maści rozprzestrzenia się w mediach społecznościowych szybciej niż zaraza stonki ziemniaczanej. "Krzywe", "mogło być lepiej", "patrząc na ten rysunek, byłabym zawiedziona" etc. - takie budujące stwierdzenia czytałam nie raz pod swoimi pracami. Czy było mi przykro? Oczywiście, kogo by nie dotknęły te słowa, jeśli poświęciłby czemuś od kilku do kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu godzin i zamiast miłego komentarza dostaje na głowę wiadro pomyj. Niestety, można się zniechęcić. Efekt końcowy nie każdej pracy jest powalający, czasami po prostu coś nie wyjdzie, zabraknie cierpliwości i czasu, tak w życiu bywa. Każdy rysownik, gdy spojrzy na swoją pracę wie, gdzie popełnił błąd, co mógł zrobić lepiej, więc naprawdę dodatkowe krytykanctwo jest zbędne. Czasami odnoszę wrażenie, że niektórzy tylko czekają aż człowiekowi potknie się noga i właśnie wtedy zaczynają się udzielać. Żenujące! 
    Rady osób doświadczonych, zajmujących się rysowaniem zawsze są w cenie. Krytyka jest konstruktywna wtedy, kiedy potrafi popchnąć w dobra stronę. Sugestie dotyczące techniki czy przyborów, podzielenie się jakąś ciekawą kwestią to coś co każdy z chęcią przyjmie. Wyznaję bardzo prostą zasadę: jeśli coś mi się nie podoba to milczę lub skupiam się na tych elementach, które są fajne. Po co sprawiać komuś zawód, skoro można jednym zdaniem podnieść na duchu np. jeśli portret jest super, oczy, włosy - dosłownie powalają a cały efekt psuje spartaczone tło? Proste? No ba, bardzo proste. 
      O krytyce wspomniałam krótko w poście dotyczącym ABC rysowania, zwracając uwagę na własną reakcję na niepochlebne słowa.
1. Dyskusja - nie oszukujmy się, czytając negatywny komentarz części z nas włącaz się mini agresor, który spowoduje odpowiedź na niższym (niż powinien) poziomie. To z kolei powoduje dyskusję na lepsze lub gorsze argumenty, która do niczego i tak nie doprowadzi, zwłaszcza, że rysunek skończony zajął swoje zaszczytne miejcie wśród zbiorów.
2. Usuwanie negatywnych opinii - póki komentarze są pozbawione wulgaryzmów i nie obrażają konkretnych osób, lepszym rozwiązaniem jest pozostawienie ich w tym miejscu, w jakim się znajdują i skazać je na przepaść w nieograniczonej czeluści Internetu, przez który co minutę przepływa setki informacji. Może zostanie niezauważony, bądź grono wiernych followersów  rozprawi się z nim na własny sposób. Miał diabeł faktora? Czasem miał. :)
3. Sarkazm - ugryź tak, by było miło. Zawsze możesz uciąć sytuację jednym wyszukanym mniej lub bardziej zdaniem. Tylko nie zapomnij o ikonce wyrażającej tzw. uśmiech nienawiści. To takie modne.
4. Brak reakcji - zakasujesz rękawy i rysujesz dalej. W końcu robisz to dla siebie, grono osób, które reagują na Twoje poczynania to dodatek. Jeśli przestaną mówić, Ty przestaniesz rysować?

Osobiście uważam, że rysować można się nauczyć. Pojęcie talentu jest dla mnie nie pojęte, choć często słyszę, że posiadam jego namiastkę. 4 lata temu nie potrafiłam narysować realistycznych włosów, gubiłam proporcje (nadal mam z tym problem!), rozcierałam grafit palcem etc., mogłabym wymieniać w nieskończoność. Teraz jest inaczej, praktyka i czas zrobiły swoje i na 100% wiem, że  jeśli chcesz nabyć konkretne umiejętności nie możesz odpuścić tylko dlatego, że innym się to nie podoba.

Podsumuję wszystko (uwaga, dosadnie!) cytatem (tak kolejnym) Witkacego: Dobrze jest, psiakrew, a kto powie, że nie, to go w mordę!  :)


czwartek, 24 września 2015

Styl minimalistyczny

     Mówi się, że diabeł tkwi w szczegółach. Coś w tym jest i dzisiaj postaram się odnieść to do rysunku. Nie da się ukryć, że dopracowanie pracy ma duży wpływ zarówno na własne zadowolenie z efektu końcowego, jak i na pozytywny odbiór pracy w mediach społecznościowych. Istnieje możliwość przekombinowania w drugą stronę, bo czasami mnie,j znaczy więcej. Oprócz tradycyjnych portretów, szczególnie upodobałam sobie ich wersje minimalistyczne, w których charakterystyczną cechą jest brak cieniowania twarzy. Specjalistką prac tego typu jest Ileana Hunter, której rysunki możecie zobaczyć klikając w łącze przy nazwisku. W poprzednich postach wspominałam już, że jednolite cieniowanie większych powierzchni zawsze przyprawia mnie o ból głowy - nie lubię tego, nie zawsze mi to wychodzi i brakuje mi do tego cierpliwości. Takie rozwiązanie więc jest dla mnie zbawienne, choć nie pozbawione krytycznego nastawienia. Nie da się zaprzeczyć, że po pierwsze to to trochę pójście na skróty, dwa - twarz może wydawać się zbyt płaska i jest po prostu biała. 
     Rysując w stylu minimalistycznych szczególną uwagę zwraca się na detale takie jak: odbicie światła na poszczególnych pasmach włosów, w tęczówkach czy na ustach lub pojedyncze "niesforne" włoski (np. zaznaczone na biało). Moim zdaniem dzięki temu można wyćwiczyć poszczególne elementy twarzy z naciskiem na dokładność. Na poniższych wycinkach możecie zauważyć, że upodobałam sobie podczas rysowania oczu dorysowanie kilku białych rzęs  i/lub białych punktów, które nadają pracy wyrazistości - bez względu na to czy jest to rysunek kobiety czy mężczyzny.





     Takim stylem można się bawić wedle uznania i urozmaicać go choćby poprzez dodanie kolorowego elementu takiego jak odbicie w okularach, czerwone usta,  kolorowe tęczówki czy nawet włosy. Dodatkowo ten styl wprowadziłam nie tylko w ołówku, ale i w akwarelach. Cechą charakterystyczną  jest duży kontrast, który w ołówku można wprowadzić poprzez użycie:
  • gumki w ołówku, którą można zatemperować lub ściętym na ostro kawałkiem miękkiej gumki  - w ten sposób dorysowuję białe rzęsy, pojedyncze włosy i linie na ustach;


  • białego żelopisu, który da lepszy, bielszy efekt niż wymazywanie ołówka np. białe punkty dokoła oczu, odbicie w źrenicy;

  • ołówka Staedtler Lumograph 8B lub czarnej kredki - dają bardziej czarny efekt niż ołówki 8B innych firm;



     W rysunkach minimalistycznych oprócz wykluczenia cieniowania twarzy, można pominąć również (wedle uznania) dokładny zarys nosa, ograniczając się do jego dolnej części tj. dziurek  i bocznych skrzydełek czy linie twarzy, tak by w niektórych miejscach łączyła bezpośrednio się z tłem. W taki właśnie sposób ukryłam np. większy nos. Nie wiem czy dokładnie zrozumiecie o co chodzi, ale przeglądając poniższą mini galerię prac szybko załapiecie. Muszę wspomnieć, że prezentacja takich prac nie jest łatwa, ponieważ i zdjęcia i skaner nie zawsze wychwytują delikatne cienie, dlatego czasami trzeba się wspomóc programem graficznym i w niewielkiej (!) ilości zmniejszyć jasność lub kontrast by mogły zostać zauważone. 









poniedziałek, 14 września 2015

Recenzja - kredki Koh-i-noor Magic Trio

     Dzisiejszą recenzję mogłabym z czystym sumieniem nazwać magiczną! Tak, dobrze czytacie magiczną. Z czym Wam się kojarzy magia? Dla mnie osobiście to niezliczona ilość kolorów, które mieszają się ze sobą bez ograniczeń. Namiastkę takich cudów, możecie sprawić sobie kredkami Koh-i-noor Magic Trio dzięki, którym choć na chwilę odczujecie na własnej skórze odrobinę iluzji. Pewnie zastanawiacie się co ona ulicha wypisuje, ale jak inaczej nazwiecie sytuację, jeśli trzymając w dłoni jedną kredkę, rysujecie trzema?  Cofając się kilkanaście lat wstecz, pamiętam takie grube długopisy, które wewnątrz miały 10 wkładów z różnymi kolorami i na siłę próbowałam wcisnąć kilka na raz dla uzyskania lepszego efektu. Sytuacja porównywalna, ale do rzeczy. Kredki Magic można zakupić w komplecie po 6, 12 i 24 sztuk (te znajdują się w metalowym pudełku). Na urodziny kupiłam siostrzeńcowi zestaw 12 sztuk w kartonowym pudełku. Zapłaciłam za niego (dokładnie nie pamiętam), ale ok. 36-38 zł bez przesyłki. Warto wspomnieć, że kredki można również dostać w limitowanej, świątecznej wersji bezdrzewnej progresso. Ponadto kredki Magic są również dostępne pojedynczo w standardowym sześciokątnym kształcie.


Magic Trio to kredki z serii jumbo czyli po prostu grube o średnicy 10,4 mm o trójkątnym przekroju 5,6 mm. Ergonomiczny kształt zapobiega sturlaniu się kredki z blatu, jednak mi nie przypadł do gustu. Podczas rysowania lubię przekręcać kredki w dłoni, a Magic daje mi tylko 3 możliwości. Nie jest ich wada, tylko moje subiektywne widzimisię. Oprawa wykonana jest z wysokiej jakości drewna, które następnie zostało polakierowane. Design kredek przyciąga uwagę i mi kojarzy się z wodnym malowaniem paznokci water marble.  Ze względu na grubość potrzebujemy większej temperówki i wprawy, bo na początku idzie to opornie. Moja strugaczka jest odpowiednia dla ołówków lub kredek o średnicy do 17 mm firmy Koh-i-noor w cenie dość opornej 9,90 zł. Temperowanie kredek wbrew temu co mogłoby się wydawać to nie taka łatwa sprawa. Kształt kredek powoduje, że czynność ta może się "zacinać". Nie wolno na siłę łamać tego oporu, bo drewniana oprawa może po prostu pęknąć (tak się stało  jedną kredką na długości ok 2 cm). 

Cała niezwykłość kredek Magic Trio tkwi w ich sztyfcie. W każdym z nich można dostrzec, albo trzy odcienie tego samego koloru albo trzy różne barwy, które ze sobą współgrają. Mam zestaw 12 kredek, ale można powiedzieć, że jest ich  aż 36. Przerost koloru nad ilością. Poszczególne pigmenty w rysiku nie są ułożone równolegle wzdłuż całej kredki, lecz tworzą ok. półcentymetrowe "plamki". Zmiana koloru nastąpi poprzez zużycie/starcie jednej plamki lub okręcenie kredki w dłoni.Nie wiem, czy jest to zrozumiałe w 100%, ale przekonacie się sami jak złapiecie kredki w dłoń. Kredki są dobrze napigmentowane a kolory żywe i intensywne. Szczególnie go gustu przypadły mi dwie kredki z tego zestawu, mianowicie żółto-zielona i jasnoniebieska (2 i 3 na zdjęciu). Do zestawu dołączony został blender do kredek (biała kredka), co jest dużym plusem, bo takiego gratisu nie znajdziemy w innym zestawach tej firmy. Bledner jest wynalazkiem, który ma za zadanie połączyć ze sobą różne kolory czy odcienie, tak by przejścia między nimi były łagodne i niezauważalne dla oka.  Poniżej stworzyłam wzornik kolorów w kilku wersjach:
    • kratki - standardowe cieniowanie
    • koła - kredki zostały potraktowane na koniec blenderem
    • zygzaki - dosyć mocny nacisk na kartkę w celu wydobycia wszystkich pigmentów (porównywalny z oryginalnym wzornikiem jaki znajdziemy na opakowaniu kredek).



Starałam się używać kredek w różny sposób, tak aby wydobyć z nich wszystko co najlepsze. Ich istota najlepiej jest zauważalna w ostatnim z nich. Wszystkie pigmenty się wtedy ładnie eksponują i są zauważalne dla oka. Cieniowanie nimi w standardowy sposób nie przypadło mi do gustu. Odniosłam wrażenie, że niektóre kolory (np. 9 czy 12) rysują w dosyć tępy sposób i są mniej miękkie niż inne (np. 8). Moim zdaniem są to kredki o średnim stopniu twardości, porównując je z Modeluzami czy Polycolorami. Podobne wrażenie odniosłam w stosunku do niektórych kredek Progresso, które opisywałam jakiś czas temu (o dziwo też chodziło o róż). Rozcierając kredki blenderem, ich magia pryska, bo poszczególne odcienie gubią się, dlatego ten zabieg wydaje mi się totalnie zbędny. Nie będę ukrywać, że moje rysowanie kredkami na dzień dzisiejszy odznacza się (ładnie to ujmując) większym (niż konieczny) naciskiem na kartkę, co psuje niektóre efekty i nie wykorzystuje wszystkich zalet Magic Trio. Jestem pewna, że "lżejsze" dłonie, będą potrafiły wypracować ciekawe przejścia, ponieważ kredki dobrze się za sobą łączą. Poniżej dodatkowo możecie zobaczyć, jak z kredkami radzą sobie gumki do mazania, które aktualnie mam w posiadaniu, W tym wypadku bitwę z pomyłką wygrałaby gumka w ołówku Koh-i-noor Era oraz miękka, znana wszystkim ze szkoły Factis.
Aby nie być gołosłownym postarałam się stworzyć jakiś rysunek omawianymi kredkami, Padło na szybki krajobraz z głowy, rysowany krótkimi i długimi, mniej lub bardziej kontrolowanymi kreskami. Zależało mi, żeby pokazać intensywność kolorów oraz ich połączenie w kredce, więc rysunek sam w sobie nie powala ani wykonaniem, ani pomysłem. :)


Dla kogo te kredki? Wydaje mi się, że kredki lepiej spożytkują osoby kreatywne, którym nie zależy na realizmie (czyli to nie ja). Dzieciaki również będą mieć frajdę, głównie poprzez rozmiar kredek (jak złapią to poczują)  i nie do końca kontrolowaną zmianę koloru (takie czary).

Zalety:

  • sam pomysł połączenia kilku kolorów w jednym sztyfcie,
  • design kredek i napigmentowanie,
  • przystępna cena ,
  • blender do kredek dołączony do zestawu.

Wady:
  • konieczność zakupienia dodatkowej temperówki,
  • niektórymi kredkami ciężko wypracować estetyczne cieniowanie.
Ogólna ocena: 6,5 /10