sobota, 19 maja 2018

Follow your art: tatrzańskie krajobrazy

Jan Sztaudynder pisał: Skądkolwiek wieje wiatr zawsze ma zapach Tatr. Zawsze, gdy pada pytanie dokąd jedziemy, odpowiedź od pewnego czasu jest jedna - W góry jedziemy! Polubiłam te chwile, kiedy idąc z rosą na czole w kierunku nieba, mruczę do siebie "no nie dam rady, ile jeszcze", by potem (z wielką ulgą) z uśmiechem na buzi, odhaczyć kolejny zaliczony punkt. Nie lubiłam rysować krajobrazów, bo uważałam, że nigdy nie wyjdą mi tak, jakbym chciała. Powoli zaczynam się przekonywać i do rysowania pięknego otoczenia i do "szybkich", mało realistycznych prac. Pamiętacie moją akwarelę przedstawiającą Kaplicę na Jaszczurówce? Zimą postanowiłam również odwiedzić narysowane przeze mnie miejscówki. Nie wstrzeliłam się tylko z pogodą na papierze. :)



Ilustracje rysowałam.... na tylnej tekturze z bloku Cansona. Świetna alternatywa na drogi, brązowy papier zza granicy. Próbował ktoś?  U góry oczywiście śpiący król polskich Tatr, a u dołu Schronisko PTTK na Hali Ornak w Dolinie Kościeliskiej. 


PS. Tylko na krokusy nie zdążyłam!


niedziela, 8 kwietnia 2018

Powrót do przeszłości czyli rysuję portret sprzed 6 lat

Wpadłam na pomysł sprawdzenia rysunkowych umiejętności poprzez narysowanie jeszcze raz któregoś rysunku z przedziału 2011-2012 i porównania go z tym, którego stworzę aktualnie. Wybrałam ujęcie z filmu Lost in translation z Billem Murray'em i  przepiękną Scarlett Johannson. Ujęcie dla mnie wymowne z hipnotyzującymi, zapłakanymi oczami kobiety, której twarzy w sumie nie widać i nie wiedziałabym nawet, że to Scarlett, gdyby ktoś w Internecie na portalu rysunkowym by mi tego na napisał.  Tak czy inaczej uwielbiam ten rysunek mimo, że wykonanie starej wersji mnie po prostu bawi. Pamiętam jaka byłam zachwycona efektem 6 lat temu.


Pierwowzór został wykonany ołówkami z Biedronki pod nazwą Spectre jeśli dobrze pamiętam nazwę na papierze lekko ziarnistym z popularnego szkicownika średniej jakości. Porównując dwa zdjęcia, zauważycie, że trochę inaczej wykadrowałam aktualną wersję, która jest bardziej przybliżona i np. mężczyzna wygląda na grubszego. Nie wiem czy jakikolwiek komentarz do starej wersji jest potrzebny, bo braki widać gołym okiem, choć są osoby, które nie widzą żadnej różnicy, oprócz tego, że nowa jest ciemniejsza (serio?!)

Czy czuję progress? Z podniesionym czołem mogę napisać, że tak. Jestem lepsza niż kiedyś, choć wiele przede mną. Z każdym nowym rysunkiem odkrywam coś nowego, pozytywny akcent, który staram się powtarzać i przekształcić w nawyk. Kiedyś byłam przeciwnikiem blendowania/rozcierania ołówka, teraz zauważyłam, że wcale mi nie przeszkadza to jaką techniką wykonam kolejną pracę. Jeśli uznam, że warto sięgnąć po pędzelek czy patyczki uszu nie waham się i robię co lubię. W nowej wersji, żeby wydobyć głęboką czerń użyłam węgla Cretacolor z oznaczeniem oil. Przyznaję się, że był to strzał w kolano i zepsuł efekt końcowy. Nie dało się go ładnie połączyć z żadnym ołówkiem, przez co przejścia są bardzo ostre (na garniturze). Mocno skupiłam się na skórze. Nie lubię idealnie gładkiej cery. Taka prawie nie istnieje poza wyretuszowanymi zdjęciami i filtrami z Instagramu na których cera jak idealna. Efekt uzyskany na rysunku mi odpowiada: plamki, cienie, widoczne pory - to coś co ma każdy z nas. 




A Wy robiliście sobie takie porównanie?

Wersja aktualna została narysowana na papierze Cansona 190 g/m2 i ołówkami Faber- Castelll 9000 + węgiel z ołówku Cretacolor.

piątek, 9 lutego 2018

Rzeźba Santo Varniego

Mogę z czystym (choć lekko niewyspanym) sumieniem napisać, że w końcu po kilku miesiącach posuchy udało mi się wrócić do rysowania ołówkiem na poziomie ponadprzeciętnym. Bardzo mnie to cieszy, bo wiem, że blog został trochę zaniedbany. Tak bardzo przydałyby mi się dodatkowe cztery godziny w dobie, żeby moc się z wszystkim wyrabiać. 


O włoskim rzeźbiarzu Santo Varnim nie doszukałam się zbyt wielu informacji, jego dzieła zdobią  znany cmentarz w Genui Cimitero Monumentale di Staglieno, na którym znajdują się przepiękne rzeźby wielu autorów. Zauważyłam, że najbardziej przykuwające moją uwagę nigdy nie stoją w muzeach tylko przy grobach. Jednym  z nich jest pomnik zmarłej żony  rzeźbiarza Giuditty z 1875 roku, który ulokowany się właśnie przy jej mogile. Rzeźba przedstawia kobietę z opadającą szatą obok, której leży pies. Prawdę mówiąc nie pasował mi on do mojego rysunku, więc po prostu pominęłam i skupiłam się na grze światła i cieni, która stworzyła ciekawy klimat. Klikając TU możecie zobaczyć różne odsłony tego pomnika. 



Szczegóły:

- papier Canson 190 g/m2 A4
- ołówki automatyczne 0,7mm 0,5mm 0,3 mm z wkładami z Pentela
- gumka automatyczna Tombow mono zero z okrągłą końcówką
- gumka w ołówku Koh-i-noor Era
- gumka w ołówku Faber-Castell Perfection z białą końcówką
- biały żelopis Sakura GellyRoll
- czas: 7 dni, godziny przestałam  liczyć w trakcie



Tradycyjnym ołówkami narysowałam postać, tło to efekt dłubania ołówkami automatycznymi, które nie zostały roztarte, żeby uzyskać inną fakturę i nie niwelować widocznych porów kartki.  Na zdjęciach można zobaczyć przybory jakich użyłam.

Zoom na detale wygląda tak: 


Całość prezentuje się tak (na samym dole jest skan):



PS.
Rama też się od razu znalazła. :)



poniedziałek, 8 stycznia 2018

ART-podsumowanie 2017

Witajcie po naprawdę dłuższej przerwie. Na wstępnie chciałabym zaznaczyć, że cisza na blogu nie jest spowodowana brakiem nowych rysunków. Na bieżąco moje poczynania możecie śledzić na Instagramie (link na bocznym pasku), jednak ostatnie prace nie nadawały się do tworzenia nowego, osobnego posta. W tym czasie powstały mniejsze ołówkowe rysunki lub ilustracje, które zaraz zobaczycie poniżej z krótkim opisem, a następnie postaram się jakoś podsumować rysunkowo ostatni rok.


Nie od dziś wiadomo (wspominałam o tym w różnych postach), że najwięcej trudności przysparza mi gładkie, idealne cieniowanie większych powierzchni. Dużo swego czasu pracowałam kredkami, więc powrót do ołówka do mały "szok". Na moim ulubionym papierze 90g powstał taki oto kobiecy dekolt. Następnie wzięłam się za coś większego na A3, mianowicie portret aktora znanego większości jako pan Grey - Jamie Dornan. Póki co jeszcze go nie skończyłam.


Potem po prostu zatęskniłam za górami.

Świąteczny klimat również mi się udzielił. Matka Boska z Dzieciątkiem w ołówku z dodatkiem złotego pisaka Faber-Castell. Mega kryjący.


Uzupełniłam także zapasy cienkopisów, więc częściej pojawiają się także ilustracje inspirowane naturą. Zwłaszcza tą dziką.


PODSUMOWANIE 2017

Ten rok był chyba umiarkowany pod względem postępów w rysunku. Na początku wydawało mi się, że nie zrobiłam nic szczególnego, dopiero gdy przejrzałam wszystkie posty w ubiegłego roku stwierdziłam, że nie było tak źle. Ołówkowo najfajniej wyszła na pewno Matka Teresa i niemowlak ze skrzydełkami aniołka. Żałuję, że tak mało powstało grafitowych prac, jednak dzięki temu zauważylam progress w kolorze. Kredkowa kopia Jezusa Miłosiernego i chłopiec z kotem wyglądającym z pociągu to zdecydowanie najlepsze kredkowe rysunki ever. Co raz więcej czasu poświęcam na niewielkie ilustracje, które sprawiają mi tyle samo frajdy co realistyczne portrety. Ponadto w 2017 roku było mi dane (albo nadal jest, bo jeszcze nie skończyłam) przetestować różne produkty firmy Faber-Castell za co z całego serca dziękuję, oraz nowość na rynku kredki Derwent Procolour dzięki sklepplastyczny.pl, co było małym wyzwaniem.  W nowy 2018 rok wkraczam w kilkoma nowymi pomysłami, których efekty mam nadzieję będą widoczne tu, no blogu. I przede wszystkim pisać 3 razy częściej! 

piątek, 22 września 2017

Matka Teresa z Kalkuty: work in progress

Kolejny rysunek skończony już jakiś czas temu. Tym razem ołówkowy portret Matki Teresy z Kalkuty w dwóch wersjach. Pierwsza - nostalgiczna, wręcz przepełniona cierpieniem i smutkiem twarz, druga - dająca choć trochę radości. W końcu życie ma różne barwy w każdym zakątku świata, także w Indiach.

Szczegóły: 
- papier A3 Canson 190 g/m2
- gumka w ołówku Koh-i-noor Era
- papierowy wiszer, pędzelek
- biały żelopis Sakura Gelly Roll


środa, 20 września 2017

Jezu, ufam Tobie - portret kredkami

Raz na jakiś czas wpadam na pomysł narysowania kopii jakiegoś znanego dzieła jak np. Beksińskiego rok temu, żeby sprawdzić samą siebie w jakim stopniu uda mi się odwzorować pierwowzór. Jeszcze w maju rozpoczęłam kopię znanego obrazu Jezusa Miłosiernego, który znajduje się w Sanktuarium Miłosierdzia Bożego w Krakowie-Łagiewnikach. Pierwsza wersja namalowana w 1934 r. wg wskazówek siostry Faustyny przez Eugeniusza Kazimirowskego nie przypadła jej do gustu, bowiem w jej wizjach Jezus wyglądał inaczej. Wcale się nie dziwię, że malarzowi ciężko było odwzorować wygląd Chrystusa tylko po opisach. Z tego co można przeczytać w Dzienniczkach wizjonerka od samego Jezusa usłyszała, że: Nie w piękności farby ani pędzla jest wielkość tego obrazu, ale w łasce mojej.... Aktualnie pierwowzór można oglądać w Wilnie. Najbardziej znana jest wersja z 1943 r. namalowana przez prof. Adolfa Hyłę, już 5 lat po śmierci zakonnicy. Malarz miał nieco odmienną wizję Bożego Miłosierdzia, która przedstawiała Pana Jezusa, jako „niebiańskiego lekarza”, idącego przez świat, uzdrawiając zbolałą ludzkość i darząc ją swoim miłosierdziem. Dlatego zawsze, gdy malował obraz z przeznaczeniem dla konkretnego miejsca, Pana Jezusa przedstawiał na tle danego pejzażu, krajobrazu miejsca, w którym obraz miał zostać umieszczony. Obraz namalowany dla Łagiewnik przedstawiał z początku tamtejsze łąki, wzgórza i las. Na skutek ogromnej presji artysta przemalował obraz, zastępując pejzaż posadzką nawiązującą do Wieczernika*.


Format A3 nie jest zbyt duży, gdy do narysowania jest cała postać, w związku z czym głowa ma tylko ok 4 cm! Najważniejsze były oczywiście oczy i ich przejmujący wyraz, który mam nadzieję, że udało mi się uchwycić. 


Podczas rysowania używałam większości kredek, które posiadam w zbiorach, jednak najczęściej były to Faber-Castell Polychromos i Prosmacolor Premier. Kolory cieliste współpracowały ze sobą znakomicie, dodatkowo wszelkie poprawki dawało wprowadzić się za pomocą niezastąpionej gumki Era, które świetnie wymazywała.


Czarne jednolite tło to była zmora jakich mało. Jedyny element, z którego jestem średnio zadowolona, bo niestety widać ślady kredek. Może lepszym rozwiązaniem byłoby tło z suchych pasteli odpowiednio zabezpieczone przed rozmazywaniem przed rysowaniem całej postaci? 

Szczegóły:
 - papier A3 Canson 190g/m2
- kredki Faber-Castell Polychromos, Prismacolor Premier, Derwent Coloursoft, Koh-i-noor Polycolor, Derwent Drawing
- blender Derwnet
- gumka w ołówku Koh-i-noor Era
- czas: od maja do września w dłuższymi przerwami

Jak Wam się podoba? Dajcie znać w komentarzach. :) 


* Źródło: www.niedziela.pl z dnia 16.01.2014 r.

piątek, 18 sierpnia 2017

Kredki Derwent Procolour 36

Jakiś czas temu SklepPlastyczny.pl wyszedł z inicjatywą zabawy najnowszymi kredkami Derwent Procolour dla swoich obserwatorów (hej hej, może jeszcze się załapiesz, kliknij w link sklepu). Na facebookowym profilu rozszyfrowałam zasady jako pierwsza, więc zestaw jeszcze zafoliowanych kredek jako pierwszy trafił do mnie. Akcja polega na 7-dniowej możliwości rysowania średnim zestawem całkowicie za free. Po tym czasie wysyłasz kredki dalej do kolejnego szczęśliwca. Lekko zużyty zestaw już pojechał w dalszą drogą a ja się zastanawiam czy będzie z tego romans na dłuższą metę. Od pewnego czasu waham się między zakupem porządnego zestawu kredek, jednak nie mogę się zdecydować na żadne w 100%, więc czas leci a ja użytkuję to co mam w swoich zbiorach. Przeglądając opisy na stronach internetowych natknęłam się na infomacje, że Derwent Procolour to coś pomiędzy Derwent Artist a Derwent Coloursoft. To "coś pomiędzy" mogło spowodować, że wybór będzie zupełnie inny niż znane już wszystkim kredki będące dłuższy czas na rynku, zwłaszcza, że Procolour reklamę miały tak dobrą, że po otworzeniu pudełka spodziewałam się fanfar. 


Jak widać na załączonym filmiku unboxing, trąbek nie było, ale pojawił się uśmiech od ucha do ucha, a to zwiastowało spory zapał do pracy. Odfoliowany zestaw Derwent Prololour prezentuje się tak:
Kredki Derwent Procolour można kupić w zestawach (12, 24, 36, 72 sztuk) lub na sztuki za około 4,50 zł, czyli normalną cenę dla angielskiego producenta (a straszyli dyszką za sztukę!). Design jest podobny do ich znacznie miększych kolegów Derwent Coloursoft. Kredki Procolour mają okrągły kształt i średnicę 8 mm. Trzon w kolorze stalowym z końcówką odpowiadającą kolorowi woskowego rdzenia. Już pod otwarciu są zatemperowane, jednak do szpilki trochę im brakuje co szybko musiałam naprawić przed robieniem wzornika kolorów. Metalowe pudełko jest dobrej jakości nie wygina się, co zapewnia kredkom bezpieczeństwo podczas transportu, a plastikowy wkład można wyjąć bezproblemowo. 
Paleta kolorów w zestawie jest ciekawa. Dosyć szeroko są rozbudowane fiolety (rzadko się to zdarza) i to ciemniejsze odcienie. Szczególnie upodobałam sobie kredkę o numerze 22 Mars Violet, która idealnie nadaje się do portretów urozmaicając je fajnym, stonowanym kolorem. Z ciepłym, złotawym Brown Orche współpracowała idealnie. Ten kolor bankowo dokupię osobno, bo przyda się nie raz, nie dwa. Znajdziemy także fajne odcienie niebieskiego, ciepły i zimny brąz oraz stonowane barwy zieleni. Co do zasady, ciemne kolory dają wrażenie mocniej napigmentowanych niż te jasne (np. 43 Distant Green, którego prawie nie widać) i przyjemniej się nimi pracuje. Kolor biały na czarnym papierze daje odcień podobny do białej kredki Coloursoft (chyba nic nie przebije Derwent Drawing).
Colour chart zrobiłam na "zwykłym papierze" 80 g/m2, a warto wspomnieć, że kredki dają nieco inny efekt na papierze o większej gramaturze. Na stronie producenta cała paleta 72 kolorów oznaczona jest pod względem światłotrwałości w skali 1-8. Kolory od numerku 6 powinny pozostać żywe przez ponad 100 lat, ale niektóre są znaczniej mniej odporne na działanie światła słonecznego np. kolor 21 Magneta został oznaczony 1. Całość możecie zobaczyć TU


Producent opisuje kredki Procolour jak "totalną" (modne słowo) hybrydę:

Derwent Procolour to kredki artystyczne, które tworzą doskonałe połączenie precyzyjnej i ostrej kreski z miękkością, gładkością rysowania, silnym kryciem wosku, przy miękkości oleju. Kredki Derwent Procolour są dobrze napigmentowane i  utrzymują ostry grot do szczegółowych rysunków przy minimalnej ilości okruchów, które mogą spowodować powstanie niechcianych smug na pracy.


Po takim opisie można byłoby się pokusić o stwierdzenie, że Procolour to kredki idealne. Faktycznie, kredki można zatemperować na bardzo ostry szpic i przy zetknięciu z kartką zupełnie nic się nie dzieje. Końcówka ani razu mi się nie obkruszyła, co oznacza, że to produkt idealny dla osób z tzw. "ciężką ręką", które mają tendencję do stosowania większego nacisku niż potrzeba. W końcu moja kowalska ręka natrafiła na godnego przeciwnika... i przegrywa starcie, co bardzo mnie cieszy. W związku z tym, detale w rysunku są mi już niestraszne i mogę je dopracować wedle potrzeby. Kredki nie zostawiają także przy cieniowaniu żądnych pyłków także praca z nimi jest czysta i schludna. Podstawowym pytaniem, na które każdy rysownik szuka odpowiedzi brzmi, czy kredki Derwent Procolour można przyrównać do Faber-Castell Polychromos? Jednoznaczna odpowiedź byłaby zbyt prosta, w końcu to różne produkty, całkowicie innych marek. Kredki Procolour w podobny sposób do niemieckich kolegów pokrywają pory kartki bez użycia blendera, gdy rysik jest dobrze zatemperowany. W mojej ocenie są nieco twardsze od Polychromos i przyrównałabym je do ołówka 2B. Nakłada się je na siebie bez większej trudności, delikatnie cieniując uzyskujemy łagodne przejścia, które możemy kontrolować, ponieważ kredki bardzo dobrze się wymazują i wprowadzanie korekt nie przysporzy problemów. Nawet po zastosowaniu blendera/białej kredki nań jesteśmy w stanie nałożyć kolejną warstwę koloru. Ich twardość wpływa na wolniejsze zużywanie niż np. kredek Coloursoft, czyli posłużą nam nieco dłużej. Do opisania kredek Prolcolour użyłabym określenia: miękkie w swej twardości. Oksymoron, teoretycznie określenia się wykluczają, a jednak coś w nim jest, niby twarde, a efekt niby miękki. 
Zestawienie różnych kredek artystycznym w podobnym kolorze. 
Kredki fajnie się ze sobą mieszają i tworzą nowe odcienie ( przynajmniej w układzie żółty-niebieski), a nakładane jedna na drugą (w tym przypadku fiolet na czerń i czerń na fiolet) dają rożne efekty - delikatniejszy lub mocniejszy w zależności od potrzeb.

Szukam mankamentów i oprócz słabszych jasnych kolorów w zestawie, takich jak jedyny łososiowy odcień to w kredce 43 Distans Green podczas cieniowania pojawił się inny pigment (o zgrozo!). Ponadto jak w większości przypadków "internetowy" wzornik można rozbić o kant, odbiega od rzeczywistości.

Wydawać by się mogło, że 7 dni to sporo czasu, takie też poczyniłam wcześniej plany i przygotowałam szkice, jednak wszystko strasznie się rozciągnęło i udało mi się skończyć w tym czasie jeden pełny portret i "mini" ilustrację.
Zdjęcie przy lampie

Moja subiektywna opinia o kredkach Derwent Procolour: 

Najnowsze angielskie kredki Derwent Procolour to idealne rozwiązanie dla osób, które preferują kredki na bazie wosku i cenią sobie możliwość dopracowywania drobnych szczegółów, która jest ograniczona przy bardzo miękkich kredkach takich jak Prismacolor czy Derwent Coloursoft. Kredki nie łamią się przy mocniejszym docisku i dobrze prowadzą po kartce. Woskowa powierzchnia, która mogłaby powodować poślizg przy kolejnych warstwach jest niewyczuwalna. Praca z nimi jest czysta i przyjemna, a prześwitujące pory papieru można niwelować blenderem lub białą kredką. Niektóre jasne kolory wydają się być twardsze od pozostałych i mało wyraziste, ponadto niekiedy w rdzeniu kredki można natrafić na inny pigment. Cena jest przystępna jak na kredki artystyczne.