środa, 20 września 2017

Jezu, ufam Tobie - portret kredkami

Raz na jakiś czas wpadam na pomysł narysowania kopii jakiegoś znanego dzieła jak np. Beksińskiego rok temu, żeby sprawdzić samą siebie w jakim stopniu uda mi się odwzorować pierwowzór. Jeszcze w mają rozpoczęłam kopię znanego obrazu Jezusa Miłosiernego, który znajduje się w Sanktuarium Miłosierdzia Bożego w Krakowie-Łagiewnikach. Pierwsza wersja namalowana w 1934 r. wg wskazówek siostry Faustyny przez Eugeniusza Kazimirowskego nie przypadła jej do gustu, bowiem w jej wizjach Jezus wyglądał inaczej. Wcale się nie dziwię, że malarzowi ciężko było odwzorować wygląd Chrystusa tylko po opisach. Z tego co można przeczytać w Dzienniczkach wizjonerka od samego Jezusa usłyszała, że: Nie w piękności farby ani pędzla jest wielkość tego obrazu, ale w łasce mojej.... Aktualnie pierwowzór można oglądać w Wilnie. Najbardziej znana jest wersja z 1943 r. namalowana przez prof. Adolfa Hyłę, już 5 lat po śmierci zakonnicy. Malarz miał nieco odmienną wizję Bożego Miłosierdzia, która przedstawiała Pana Jezusa, jako „niebiańskiego lekarza”, idącego przez świat, uzdrawiając zbolałą ludzkość i darząc ją swoim miłosierdziem. Dlatego zawsze, gdy malował obraz z przeznaczeniem dla konkretnego miejsca, Pana Jezusa przedstawiał na tle danego pejzażu, krajobrazu miejsca, w którym obraz miał zostać umieszczony. Obraz namalowany dla Łagiewnik przedstawiał z początku tamtejsze łąki, wzgórza i las. Na skutek ogromnej presji artysta przemalował obraz, zastępując pejzaż posadzką nawiązującą do Wieczernika*.


Format A3 nie jest zbyt duży, gdy do narysowania jest cała postać, w związku z czym głowa ma tylko ok 4 cm! Najważniejsze były oczywiście oczy i ich przejmujący wyraz, który mam nadzieję, że udało mi się uchwycić. 


Podczas rysowania używałam większości kredek, które posiadam w zbiorach, jednak najczęściej były to Faber-Castell Polychromos i Prosmacolor Premier. Kolory cieliste współpracowały ze sobą znakomicie, dodatkowo wszelkie poprawki dawało wprowadzić się za pomocą niezastąpionej gumki Era, które świetnie wymazywała.


Czarne jednolite tło to była zmora jakich mało. Jedyny element, z którego jestem średnio zadowolona, bo niestety widać ślady kredek. Może lepszym rozwiązaniem byłoby tło z suchych pasteli odpowiednio zabezpieczone przed rozmazywaniem przed rysowaniem całej postaci? 

Szczegóły:
 - papier A3 Canson 190g/m2
- kredki Faber-Castell Polychromos, Prismacolor Premier, Derwent Coloursoft, Koh-i-noor Polycolor, Derwent Drawing
- blender Derwnet
- gumka w ołówku Koh-i-noor Era
- czas: od maja do września w dłuższymi przerwami

Jak Wam się podoba? Dajcie znać w komentarzach. :) 


* Źródło: www.niedziela.pl z dnia 16.01.2014 r.

piątek, 18 sierpnia 2017

Kredki Derwent Procolour 36

Jakiś czas temu SklepPlastyczny.pl wyszedł z inicjatywą zabawy najnowszymi kredkami Derwent Procolour dla swoich obserwatorów (hej hej, może jeszcze się załapiesz, kliknij w link sklepu). Na facebookowym profilu rozszyfrowałam zasady jako pierwsza, więc zestaw jeszcze zafoliowanych kredek jako pierwszy trafił do mnie. Akcja polega na 7-dniowej możliwości rysowania średnim zestawem całkowicie za free. Po tym czasie wysyłasz kredki dalej do kolejnego szczęśliwca. Lekko zużyty zestaw już pojechał w dalszą drogą a ja się zastanawiam czy będzie z tego romans na dłuższą metę. Od pewnego czasu waham się między zakupem porządnego zestawu kredek, jednak nie mogę się zdecydować na żadne w 100%, więc czas leci a ja użytkuję to co mam w swoich zbiorach. Przeglądając opisy na stronach internetowych natknęłam się na infomacje, że Derwent Procolour to coś pomiędzy Derwent Artist a Derwent Coloursoft. To "coś pomiędzy" mogło spowodować, że wybór będzie zupełnie inny niż znane już wszystkim kredki będące dłuższy czas na rynku, zwłaszcza, że Procolour reklamę miały tak dobrą, że po otworzeniu pudełka spodziewałam się fanfar. 

video

Jak widać na załączonym filmiku unboxing, trąbek nie było, ale pojawił się uśmiech od ucha do ucha, a to zwiastowało spory zapał do pracy. Odfoliowany zestaw Derwent Prololour prezentuje się tak:
Kredki Derwent Procolour można kupić w zestawach (12, 24, 36, 72 sztuk) lub na sztuki za około 4,50 zł, czyli normalną cenę dla angielskiego producenta (a straszyli dyszką za sztukę!). Design jest podobny do ich znacznie miększych kolegów Derwent Coloursoft. Kredki Procolour mają okrągły kształt i średnicę 8 mm. Trzon w kolorze stalowym z końcówką odpowiadającą kolorowi woskowego rdzenia. Już pod otwarciu są zatemperowane, jednak do szpilki trochę im brakuje co szybko musiałam naprawić przed robieniem wzornika kolorów. Metalowe pudełko jest dobrej jakości nie wygina się, co zapewnia kredkom bezpieczeństwo podczas transportu, a plastikowy wkład można wyjąć bezproblemowo. 
Paleta kolorów w zestawie jest ciekawa. Dosyć szeroko są rozbudowane fiolety (rzadko się to zdarza) i to ciemniejsze odcienie. Szczególnie upodobałam sobie kredkę o numerze 22 Mars Violet, która idealnie nadaje się do portretów urozmaicając je fajnym, stonowanym kolorem. Z ciepłym, złotawym Brown Orche współpracowała idealnie. Ten kolor bankowo dokupię osobno, bo przyda się nie raz, nie dwa. Znajdziemy także fajne odcienie niebieskiego, ciepły i zimny brąz oraz stonowane barwy zieleni. Co do zasady, ciemne kolory dają wrażenie mocniej napigmentowanych niż te jasne (np. 43 Distant Green, którego prawie nie widać) i przyjemniej się nimi pracuje. Kolor biały na czarnym papierze daje odcień podobny do białej kredki Coloursoft (chyba nic nie przebije Derwent Drawing).
Colour chart zrobiłam na "zwykłym papierze" 80 g/m2, a warto wspomnieć, że kredki dają nieco inny efekt na papierze o większej gramaturze. Na stronie producenta cała paleta 72 kolorów oznaczona jest pod względem światłotrwałości w skali 1-8. Kolory od numerku 6 powinny pozostać żywe przez ponad 100 lat, ale niektóre są znaczniej mniej odporne na działanie światła słonecznego np. kolor 21 Magneta został oznaczony 1. Całość możecie zobaczyć TU


Producent opisuje kredki Procolour jak "totalną" (modne słowo) hybrydę:

Derwent Procolour to kredki artystyczne, które tworzą doskonałe połączenie precyzyjnej i ostrej kreski z miękkością, gładkością rysowania, silnym kryciem wosku, przy miękkości oleju. Kredki Derwent Procolour są dobrze napigmentowane i  utrzymują ostry grot do szczegółowych rysunków przy minimalnej ilości okruchów, które mogą spowodować powstanie niechcianych smug na pracy.


Po takim opisie można byłoby się pokusić o stwierdzenie, że Procolour to kredki idealne. Faktycznie, kredki można zatemperować na bardzo ostry szpic i przy zetknięciu z kartką zupełnie nic się nie dzieje. Końcówka ani razu mi się nie obkruszyła, co oznacza, że to produkt idealny dla osób z tzw. "ciężką ręką", które mają tendencję do stosowania większego nacisku niż potrzeba. W końcu moja kowalska ręka natrafiła na godnego przeciwnika... i przegrywa starcie, co bardzo mnie cieszy. W związku z tym, detale w rysunku są mi już niestraszne i mogę je dopracować wedle potrzeby. Kredki nie zostawiają także przy cieniowaniu żądnych pyłków także praca z nimi jest czysta i schludna. Podstawowym pytaniem, na które każdy rysownik szuka odpowiedzi brzmi, czy kredki Derwent Procolour można przyrównać do Faber-Castell Polychromos? Jednoznaczna odpowiedź byłaby zbyt prosta, w końcu to różne produkty, całkowicie innych marek. Kredki Procolour w podobny sposób do niemieckich kolegów pokrywają pory kartki bez użycia blendera, gdy rysik jest dobrze zatemperowany. W mojej ocenie są nieco twardsze od Polychromos i przyrównałabym je do ołówka 2B. Nakłada się je na siebie bez większej trudności, delikatnie cieniując uzyskujemy łagodne przejścia, które możemy kontrolować, ponieważ kredki bardzo dobrze się wymazują i wprowadzanie korekt nie przysporzy problemów. Nawet po zastosowaniu blendera/białej kredki nań jesteśmy w stanie nałożyć kolejną warstwę koloru. Ich twardość wpływa na wolniejsze zużywanie niż np. kredek Coloursoft, czyli posłużą nam nieco dłużej. Do opisania kredek Prolcolour użyłabym określenia: miękkie w swej twardości. Oksymoron, teoretycznie określenia się wykluczają, a jednak coś w nim jest, niby twarde, a efekt niby miękki. 
Zestawienie różnych kredek artystycznym w podobnym kolorze. 
Kredki fajnie się ze sobą mieszają i tworzą nowe odcienie ( przynajmniej w układzie żółty-niebieski), a nakładane jedna na drugą (w tym przypadku fiolet na czerń i czerń na fiolet) dają rożne efekty - delikatniejszy lub mocniejszy w zależności od potrzeb.

Szukam mankamentów i oprócz słabszych jasnych kolorów w zestawie, takich jak jedyny łososiowy odcień to w kredce 43 Distans Green podczas cieniowania pojawił się inny pigment (o zgrozo!). Ponadto jak w większości przypadków "internetowy" wzornik można rozbić o kant, odbiega od rzeczywistości.

Wydawać by się mogło, że 7 dni to sporo czasu, takie też poczyniłam wcześniej plany i przygotowałam szkice, jednak wszystko strasznie się rozciągnęło i udało mi się skończyć w tym czasie jeden pełny portret i "mini" ilustrację.
Zdjęcie przy lampie

Moja subiektywna opinia o kredkach Derwent Procolour: 

Najnowsze angielskie kredki Derwent Procolour to idealne rozwiązanie dla osób, które preferują kredki na bazie wosku i cenią sobie możliwość dopracowywania drobnych szczegółów, która jest ograniczona przy bardzo miękkich kredkach takich jak Prismacolor czy Derwent Coloursoft. Kredki nie łamią się przy mocniejszym docisku i dobrze prowadzą po kartce. Woskowa powierzchnia, która mogłaby powodować poślizg przy kolejnych warstwach jest niewyczuwalna. Praca z nimi jest czysta i przyjemna, a prześwitujące pory papieru można niwelować blenderem lub białą kredką. Niektóre jasne kolory wydają się być twardsze od pozostałych i mało wyraziste, ponadto niekiedy w rdzeniu kredki można natrafić na inny pigment. Cena jest przystępna jak na kredki artystyczne. 

wtorek, 1 sierpnia 2017

Follow your art: Kaplica na Jaszczurówce

Pierwsza praca z nowego cyklu follow your art powstała z myślą o wakacyjnym wyjeździe w polskie Tatry. Odpowiednio wcześniej przygotowałam w domowym zaciszu akwarelową ilustrację przedstawiającą Kaplicę Najświętszego Serca Pana Jezusa na Jaszczurówce. Malutki kościółek zaprojektowany przez Stanisława Witkiewicza skradł moje serce już dawno temu i musiałam go odwiedzić. Zaplanowałam pół dniową wycieczkę na Nosal z Kuźnic, której trasa powrotna przez Dolinę Olczyską kończyła się właśnie na Jaszczurówce. Kaplica jest typowym przykładem stylu zakopiańskiego a do jej budowy nie użyto ani jednego gwoździa.

Szczegóły: 
- A4 papier Canson 250 g
- farby akwarelowe  w tubce z Lidla i szkolne Astra
Żeby zrobić zdjęcie musiałam odczekać dłuższą chwilę, bo akurat trafiłam na odbywający się w kaplicy ślub. Moje wygibasy musiały wyglądać komicznie dla innych turystów, ale czego się nie robi dla zdjęć. Cudów nie ma, ale cel osiągnięty. 



środa, 7 czerwca 2017

Recenzja: gumki od Faber-Castell


Dzisiaj mały test gumek Faber-Castell, które posiadam w swoich skromnych zbiorach. Część z nich jest nowa, innych używam już od dłuższego czasu. Każda z nich jest inna, ale tak samo użyteczna i warto je posiadać. Od nadmiaru gumek głowa nikogo jeszcze nie rozbolała, ale czas na konkrety i trochę informacji. Najpierw suche informacje i własne spostrzeżenia, potem praktyczny test.


Gumka do ołówków i kredek Sleeve mini w czarnej obudowie
Gumka Sleeve skusiła mnie przede wszystkim fajnym designem. Czarna, plastikowa obudowa wraz z logo producenta wyglądała na zdjęciach bardzo elegancko. Wybrałam mniejszą wersję, która jest poręczniejsza, choć dostępna jest jeszcze standardowa, nieco większa. Jej cena to ok 7 zł. Gumka ma ergonomiczny kształt o wymiarach 5,2x2,5cm i jest zrobiona z nieszkodliwego materiału, wolnego od PCV. Dzięki specjalnemu mocowaniu do plastikowej obudowy można nią kręcić dookoła. Jej grubość zmienia się na całej linii, najszersza w miejscu mocowania stopniowo ścina się ku końcowi, co pozwala na precyzyjniejsze wymazywanie lub korekty. Część gumki jest jednak nieużyteczna i schowana pod obudową. Można byłby ją po prostu złamać, ale póki co nie mam takie potrzeby. Na chwilę obecną czarny plastik dosyć dobrze chroni gumkę przed zanieczyszczeniami.



Gumka artystyczna chlebowa w plastikowym etui  
Gumka chlebowa to "coś" co zawsze wywołuje u znajomych grymas na twarzy z zapytaniem "a to co?", zwłaszcza jak jest już lekko przybrudzona i wygnieciona. Nie dziwię się w sumie, bo to coś nieoczywistego, coś co przypomina plastelinę. Gumka chlebowa to pewien rodzaj środka ścierającego, jednak działa na innych zasadach niż standardowa gumka. Jej działanie najprościej mówiąc przypomina stemplowanie. Kontakt z grafitem powoduje wchłanianie jego cząsteczek, nie zaś ścieranie, dlatego najlepiej współpracuje z ołówkiem, węglem i suchą pastelą. Nazwa pochodzi od wykorzystywanego dawniej w podobny sposób wilgotnego miękiszu chlebowegoOczywiście można używać jej jak zwykłej gumki, kto zabroni. Jej dodatkowym plusem jest to, że nie zostawia po sobie żadnych farfocli, nie rozwarstwia się. Nie oznacza to, że się nie zużywa. Brudzi się, bo wchłania grafit, więc jeśli będzie go już zbyt dużo zacznie w końcu zostawiać nieestetyczne smugi. Musi to być jednak bardzo wyeksploatowana gumka, bo same w sobie są bardzo wydajne. Gumkę chlebową od Faber-Castell można kupić w różnych kolorach. Ja akurat trafiłam na żółtą, ale podobno kolor to walor estetyczny, nie ma wpływu na jej jakość. Nowa, nieużywana ma kształt prostokąta o wymiarach 3,5x4 cm. Cena jest niewygórowana, bo nie przekracza 5 zł. Zapach typowy jak dla gumki, jednak niewyczuwalny podczas użytkowania. Co mnie zaskoczyło pozytywnie, jest bardzo miękka i plastyczna, łatwo się ją formuje. Moja wcześniejsza gumka chlebowa była tak twarda, że zawsze przed rysowaniem musiałam ją ogrzewać na kaloryferze (w zimie) albo ciepłym strumieniem suszarki (poza sezonem grzewczym) co było uciążliwe. Gumka znajduje się w małym, plastikowym, przezroczystym etiu, które chroni ją przez zabrudzeniem i przyklejaniem się do niej innych zanieczyszczeń. Dzięki temu możemy ją wszędzie ze sobą zabrać. Pudełeczko jest dosyć płaskie, więc idealnie pasuje do nowej gumki, ale żeby włożyć do niego już zgniecioną musimy ją dobrze dopasować i spłaszczyć, bo wieczko się nie zamknie. Moje wrażenia są bardzo pozytywne i gumkach chlebowa od Faber-Castell jest najlepszą jaką do tej pory miałam (a miałam wcześniej dwie innych producentów).


Gumka Perfection do korygowania w ołówku w dwóch wersjach (posiadam obie wersje w różnych kombinacjach):
miękka, różowa końcówka do grafitu
twarda, biała końcówka do atramentu i tuszu
Gumka w ołówku to coś, co zawsze mam pod ręką. Mimo, że częściej korzystam z tej z Koh-i-noor (jest bardzo podobna do gumki Sleeve), to produkt Faber-Castell również jest przeze mnie używany. Można ją zakupić w najróżniejszych kombinacjach, ja posiadam dwie wersje: z białą końcówką z pędzelkiem na drugim końcu oraz  2w1 czyli dwustronną biało-różową. Cena gumki Perfection w większości kombinacji kosztuje  od 6,50 do 7/8 zł za sztukę. Gumka przeznaczona jest do precyzyjnych korekt. Różowa, miękka strona służy do ścierania grafitu, kredek ołówkowych i węgla. Jakościowo nie jest najlepiej, kojarzy mi się z takimi starymi gumkami sprzed 20 lat. Ponadto wymazując zostawia po sobie brzydkie smugi. Myślę, że fajniejszy byłby wariant, gdyby rdzeń był zrobiony z tego samego tworzywa co gumka Sleeve. Biała, twarda gumka służy do usuwania tuszu, atramentu, śladów długopisu, pióra kulkowego, wiecznego i pisma maszynowego, ale mnie najczęściej służy do wprowadzania korekt przy rysunkach kredkowych i całkiem dobrze sobie radzi. Nie wiem z czego jest zrobiona, ale wymazując pozostawia po sobie pyłek. Powierzchnia w tym miejscu jest już nieco inna, taka matowa. 


TEST PRAKTYCZNY
Jak widać na załączonym obrazku gumki idealnej, do wszystkiego, nie ma. Biała gumka Perfection przeznaczona do tuszu etc. nie poradziła sobie z pisakami Pitt Artist  a cienkopis Ecco Pigment ledwo ruszyła. Ołówek najlepiej wymazuje gumka chlebowa i Sleeve, to samo tyczy się kredek Polychromos. Gumka w ołówku, różowa to zdecydowanie najsłabsze ogniwo i w rankingu na pewno najęła by ostatnio miejsce. 

niedziela, 28 maja 2017

Przedłużacz do ołówków i kredek - który wybrać i jak zrobić własny?

Ołówki/kredki po pewnym czasie użytkowania stają się za krótkie, by móc rysować i stabilnie trzymać je w dłoni. Jedni od razu takie maluchy wyrzucają, inni (tak jak ja) chomikują "maleństwa", a nuż. W sklepach plastycznych  można natknąć się na bardzo pożyteczny gadżet pod nazwą przedłużacz do ołówków i kredek. Może również znajdować się pod hasłem: przedłużka, obsadka lub osłonka. Jeśli chodzi o znane marki to należy szukać obsadek Derwent, Lyra i Cretacolor, jednak są one co raz bardziej powszechne i da się kupić taki sprzęcik mniej znanego producenta lub "bez marki". Prawdę mówiąc jeszcze nie zainwestowałam w żaden profesjonalny przedłużacz do kredek/ołówków, ale jak już ten czas nastanie, na pewno będzie to.... jak przeczytacie cały post to się dowiecie.

Najpopularniejszymi przedłużaczami są obsadki Derwent o dwóch średnicach, tzw. standardowej 7mm (pasującej do większości przyborów)i 8mm przeznaczonej dla "grubszych" kredek typu Derwnet Coloursoft czy Derwent Drawing. Obie obsadki mają wytrzymałą metalową złączkę i miękki w dotyku korpus poprawiający uchwyt. Przedłużki są dostępne na blistrze z każdego rozmiaru po jednej sztuce. Ich cena to ok 26 zł i nie można ich kupować osobno, na sztuki co jest dla mnie "bolesne". Ta kwota dla jednych jest przystępna, dla innych mniej, jednak warto się zastanowić, bo jednorazowy wydatek przedłuży w tym zestawie żywotność każdego ołówka i każdej kredki. Jeśli rysuję ołówkiem za 1,50 zł to jestem w stanie przeboleć, jednak nie wykorzystanie w pełni np. kredki Prismacolor Premier, którą bardzo ciężko kupić w Polsce, a jak się uda to cena wynosi powyżej 6 zł jest lekko frustrujące. Do tego wszystkiego dochodzi prawdopodobieństwo zepsucia kilkunastu godzin własnej pracy, bo ołówek czy kredka nie leżą już w dłoni tak jak powinny. Kogoś jeszcze nie przekonałam, że warto sprawić sobie przedłużacz? 
www.artequpiment.pl
Jakiś czas temu robiłam pierwsze chińskie zakupy na Aliexpress i... była to właśnie dwustronna przedłużka do ołówków i kredek (albo i pasteli) w zatrważającej kwocie 2,38 zł. Uznałam, że nawet jeśli będzie to fake, odżałuję jakoś te pieniądze. Paczuszka przyszła bardzo szybko, po 3 tygodniach, ale (z chińskimi rzeczami zawsze musi być jakieś ALE!)... Ogólnie, rzecz biorąc przedłużacz jest bardzo dobrej jakości i solidnie wykonany. Posiada dwa otwory, jeden mniejszy na przybory 7mm i drugi większy 10mm (powinny mieścić się w nim np. suche pastele). Problem w tym, że strona, która powinna być "uniwersalna" wcale taka nie jest, bo część ołówków i kredek do niego pasuje, a część nie. Mało jeśli chodzi o inny produkt, sęk w tym, że czasami to kredki z tej samej serii (dziwne). Dużego otworu nie jestem w stanie sprawdzić, bo posiadam prostokątne pastele.  Miało to wyglądać tak jak na zdjęciu obok, jednak średnice nie są takie jak powinny. Może mi się trafił feralny produkt, bo opinie z całego świata były dobre. Po sprawdzeniu swoich przyborów mogę stwierdzić, że chiński przedłużacz do ołówków pasuje u mnie jedynie do poduktów firmy Koh-i-noor.
Jako człowiek lubiący DIY szukałam zamiennika dookoła siebie i znalazłam bardzo uniwersalny przedłużacz tuż pod ręką, który nadaje się do ołówków o standardowej średnicy 7 mm! Moi drodzy wystarczy rozmontować na części (znany chyba wszystkim) automatyczny długopis w gwiazdki polskiej firmy Toma.
Oświadczam, że patent ten sprawdziłam sama na sobie i jest genialny zwłaszcza, że ten długopis można praktycznie kupić wszędzie za ok 1,50zł! Ołówki i kredki o średnicy 7mm wchodzą i wychodzą bez problemu, trzymają się bardzo stabilnie, nie ruszają się na boki. Sprawdziłam swoje przybory i mogę śmiało napisać, że Toma pasuje do (od lewej):

  • ołówków Cretacolor Studio Line
  • ołówków Staedtler Tradition w czerwono-czarne paski
  • ołówków Koh-i-noor 1500
  • ołówków Koh-i-noor 1860
  • ołówków Koh-i-noor Toison d'or
  • ołówków Staedtler Lumograph
  • ołówków Faber-Castell CASTELL 9000
  • ołówków Koh-i-noor Progresso 
  • gumki Koh-i-noor w ołówku ERA
  • blendera Koh-i-noor do kredek Polycolor
  • gumki Faber-Castell Perfection
  • kredek Koh-i-noor Progresso
  • kredek Koh-i-noor Mondeluz
  • kredek Koh-i-noor Polycolor
  • kredek trójkątnych Milan
  • kredek Renesans
  • kredek Prismacolor Premier



Niestety patent ten jest zbyt mały dla kredek Coloursoft, Derwent Drawing, Staedtler ergosoft czy Faber-Castell Polychomos.  Do tych "grubasków" nadaje się przedłużacz 8mm Derwenta tylko i wyłącznie, bo nie znalazłam innego zamiennika, dlatego też to właśnie w przedłużki angielskiego giganta zaopatrzę się w razie konieczności. A Wy macie jakieś sposoby na krótkie ołówki? Dajcie znać! 

piątek, 5 maja 2017

Work in progress: Aniołek i Anioł Stróż


"Bo swoim aniołom dał rozkaz o tobie, aby cię strzegli na wszystkich twych drogach. Na rękach będą cię nosili, abyś nie uraził swej stopy o kamień". Ps 91:11-12 


Kolejna ołówkowa praca, z której jestem zadowolona bardziej niż umiarkowanie. Niemowlak z kamiennymi skrzydełkami na plecach śpiący na rękach Anioła Stróża w wersji posągowej.

Szczegóły:
- rozmiar A4; papier Canson 90 g/m2
- ołówki Faber-Castell CASTELL 9000 2H-8B 
- gumka w ołówku Faber-Castell Perfection oraz Koh-i-noor ERA
- czas bliżej nieokreślony, liczony w godzinach



video





wtorek, 2 maja 2017

Recenzja: ołówki Faber-Castell 9000 Art

Jednym z trzonowych produktów Faber-Castell są tzw. zielone ołówki, znane wśród artystów różnej maści. Made in Germany sygnalizuje odbiorcom niemiecką jakość, do której część z nas już dawno przywykła. Ołówki Castell 9000 zostały wprowadzone na rynek w 1905 roku przez hrabiego Aleksandra von Faber-Castell i po ponad 110 latach nadal cieszą się niezwykłą popularnością. Trochę zeszło mi z tą opinią, a to dlatego, że potrzebowałam narysować więcej niż jedną solidną pracę. Po drodze spaliłam portret, który był praktycznie na finiszu i musiałam zacząć zabawę od początku. Ołówki to przecież moje podstawowe przybory, musi być perfekcyjnie.


Co obiecuje producent:
idealnie nadają się do pracy artystycznej i w wysokim kontraście,
- bezpieczne dla środowiska i zdrowia,
- powierzchnia pokryta lakierem na bazie wody, 
- specjalna metoda klejenia SV na całej długości ogranicza łamanie grafitu, 
- drewno pochodzi z lasów zarządzanych w sposób zrównoważony. 

Rysując przez długi czas tymi samymi ołówkami, trochę ciężko przestawić się na "sprzęt" innego producenta, ponieważ działamy już w sposób intuicyjny i wiemy, którego stopnia twardości użyć, żeby uzyskać upragniony efekt. Ciężko mi się przyzwyczaić do zielonych ołówków, które mają trochę też inny "feeling". Równie dziwnie jest przesiąść się z kredek na bazie oleju na kredki na bazie wosku, ale najpierw zajmę się sprawami stricte technicznymi.

Ołówki Castell 9000 zapakowane są w estetyczne, ciemnozielone, metalowe pudełko. Wzrok przyciąga dynamiczny szkic charakterystycznego dla producenta rycerza w zbroi. Opis w kilku językach, bez polskiego odpowiednika. Widok jest jeszcze bardziej interesujący po otwarciu wieczka, które dosyć mocno "trzyma". Jak wspomniałam we wcześniejszym poście, otwierasz pudełko i czujesz się jak profesjonalista. Po lewej stronie widnieje złota ilustracja pałacu rodu Faber-Castell w Stein niedaleko Norymbergi i krótki opis o ponad 100 letniej tradycji i jakości ołówków. W środku znajduje się także mała broszurka opisująca inne produkty.
Plastikowy wkład, na którym ułożone są ołówki, można wyjąć bez problemu. Odnośnie pudełka, jest ono dobrze wykonane i zgrabne. Na 90% nie powinno się samo otworzyć i ołówki nie wypadną np. podczas noszenia w torebce, dzięki czemu ani się nie pogubią ani nie uszkodzą. Ołówki są już na samym początku gotowe do pracy i zatemperowane na ostry szpic, tym samym nie zużywamy ich na dzień dobry niepotrzebnie strugając.
Ołówki mają standardowy sześciokątny kształt oraz są pokryte zielonym, błyszczącym lakierem na bazie wody, na którym mienią się złote napisy. Faber-Castell przy produkcji ołówków stosuje specjalny patent klejenia SV (z niem. Sekuralverfahren), który polega na tym, że grafit jest przyklejony do drewnianej otoczki na całej długości, a nie np. tylko w jednym miejscu. Zastosowanie takiej techniki ma na celu niwelowanie łamania się czy pękania ołówka, jego lepsze prowadzenie i temperowanie. Faktycznie ołówki Castell bardzo fajnie się ostrzy a grafit nie łamie się i nie kruszy. Producent nie poleca (na oficjalnej stronie) stosowania elektrycznych temperówek, wskazując na standardowe ręczne strugaczki lub ostrzałkę. 
Ołówki Castell 9000 dostępne są w 16 stopniach twardości od 6H do 8B. Do wyboru mamy dwa sety po 12 ołówków: Design (5H-5B) przeznaczony bardziej do rysunku technicznego oraz Art (2H-8B) do rysunku artystycznego. Można je kupić również na sztuki  lub różnych innych w kompilacjach np. pakowane po 3 na blistrze, 6 ołówków w metalowym opakowaniu, w wersji jumbo czy zestawach mieszanych. Cena za jeden ołówek oscyluje w granicy 3,50 zł - 4,50 zł, zaś komplet 12 sztuk można kupić za mniej więcej 50-60 zł.
Nie istnieje międzynarodowy standard produkcji ołówków w określonej skali twardości, oznacza to, że każdy producent sam określa jak miękkie będą jego ołówki, mieszając w odpowiedniej proporcji grafit z gliną. Przyjęto, że ołówkowi o nr 2 odpowiada ołówek Castell oznaczony literką B. Wspomniałam o tym, ponieważ rysując odniosłam wrażenie, że ołówki Castell różnią się tak o jeden (a może i dwa) stopień w porównaniu do ołówków Koh-i-noor Toison d'or, których używałam do tej pory. Oznacza to, że np. ołówek Castell 3B zostawia podobny odcień do ołówka 5B Koh-i-noor. Poniżej porównałam kilka ołówków 2B: zielony Castell 9000, ołówek FC Goldfaber, K-i-n Toison d'or oraz szary z serii 1860. Już na pierwszy rzut oka widać, że ten pierwszy jest najciemniejszy. Zarówno test i wzornik na górze został narysowany na gładkim, papierze technicznym.
Należy pamiętać, że papier również ma znaczenie w zachowaniu ołówków. Co do zasady, im gładszy papier i wyższa jego gramatura tym ołówki rysują ciemniej. Z tego powodu trochę uciekałam od kartek lepszej jakości, bo ołówki "wariowały". Na szczęście po przełamaniu pierwszych 10 lodów, polubiłam rysowanie na gładkim papierze i zaczęłam używać także twardszych ołówków takich jak H czy 2H, których na bloku rysunkowym nie potrzebowałam. Z tego zestawu nic się nie zmarnuje!
Wymazywanie ołówków nie stanowi większych trudności, choć według mnie trzeba więcej razy gumką pomachać w lewo i w prawo. Powyżej test jednego pociągnięcia za pomocą gumki Faber-Castell Perfection z białą końcówką (na górze) oraz Koh-i-noor Era (na dole). Ta pierwsza poradziła sobie gorzej od swojej koleżanki i pozostawia po sobie bardziej efekt rozmycia niż wyrazistej linii (ale i to się przydaje!). A na koniec crème de la crème, czyli prace wykonane zielonymi ołówkami. Portret Audrey niestety dokonał żywota, jednak udało mi się skończyć najważniejszą część przed zniszczeniem. 


MOJA OPINIA O OŁÓWKACH FABER-CASTELL 9000: 
Subiektywne odczucia są bardzo pozytywne. Jak napisałam na początku, dłuższą chwilę zajęło mi przestawienie się na ołówki Castell 9000, jednak po tym czasie współpraca z nimi przebiegała praktycznie bez żadnych zakłóceń. Grafit jest bardzo czysty, nie natrafiłam podczas cieniowania na żadne zanieczyszczenia, nic nie "drapało" i nie "szurało". Prowadzą się po kartce bardzo gładko i przyjemnie. Mam wrażenie, że łatwiej i za pomocą mniejszej liczby nałożonych warstw  można uzyskać efekt jednolitego cieniowania. To moja największa zmora, więc radość jest nieoceniona. Werdykt jest prosty: 3x na TAK. :)

Plusy:
- opakowanie: wytrzymałość i  ładny design
- praktycznie czysty grafit, bez szarpania i zanieczyszczeń
-  ładnie się temperują

Minusy:
- cena nieco wyższa
- ciężko będzie uzupełnić braki, bo dostać na sztuki w mniejszych miastach w sklepach stacjonarnych z artykułami plastycznymi to cud nas Wisłokiem

A jakie są Wasze opinie na temat ołówków Faber-Castell?